Autor: Grazyna KS

Żyłam sobie w PRL - u (29) | zaproszenie 1 0

Żyłam sobie w PRL – u (29)

Żyłam sobie w PRL – u (29)

Armia (1)

We wrześniu 1981 roku mój brat otrzymał bilet do wojska. Normalna sprawa. Taki jesienny pobór. Dwuletnia zasadnicza służba wojskowa była obowiązkowa dla każdego faceta. Większość chciała się z niej „zwolnić” starając się o kategorię C, D lub E zwaną „do schronu przed kobietami i dziećmi”. Czy ta ostatnia była – nie wiem.
Pobyt w wojsku jedni nazywali wyrokiem, drudzy dziurą w życiorysie, a inni – męską szkołą życia. W każdym razie człowiek znikał na dwa lata ze swego naturalnego środowiska, trafiał do koszar, które stawały się dla niego drugim domem.

Mój brat miał kategorię A, zatem służba mundurowa i koszary były mu pisane. Tradycyjną imprezą w przypadku otrzymania owego biletu było pożegnanie. W domu poborowego zbierali się przyjaciele. Pili. Płakali. Śpiewali piosenki patriotyczne typu „Przyjedź mamo na przysięgę”, „Do woja marsz, do woja”, oraz partyzanckie „Dziś do ciebie przyjść nie mogę”, „Idą leśni, kompas mają z gwiazd”. Obowiązywał repertuar z ówczesnych festiwali piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu.

Rodzice oczywiście wyrazili zgodę na wielkie pijaństwo, pod warunkiem, że o północy gości już w domu nie będzie. Sami udali się na swoją imprezę.

Tak więc impreza się odbyła. Goście o oznaczonej godzinie mieszkanie opuścili. W zlewozmywaku zgromadziliśmy brudne naczynia. Pod taboretami stanęły puste butelki, towar cenny, bo można go było sprzedać. Rodzice wrócili. Wszyscy zasnęliśmy w swoich pokojach.
Pech chciał, że rano ok. dziewiątej zgoniła mnie z łóżka potrzeba fizjologiczna. Kiedy opuszczałam łazienkę, rozległ się dzwonek u drzwi. Wyjrzałam przez dziurkę, czyli tzw. „judasza”. Po drugiej stronie stałą kobieta wieku średniego.
Zaspana, skacowana w koszuli nocnej, otworzyłam.
– Taaakkkk…. – zamruczałam pod nosem.
– Czy tu mieszka ten a ten? – zapytała zupełnie normalnie.
– Taaakkkk …..
– To proszę go poprosić – poprosiła łagodnie.
Zapukałam do pokoju brata.
– Ktooooś … doooo …. ciebie…. wstawaj…
Zaspany, skacowany brat wyszedł w samych slipach.
– Ktoooo…. tam….
Pani spojrzała obojętnie.
– Pan ten a ten?
– Nooooo….
– Ma pan bilet do wojska?
– Nooooo…. naaa jutroooo….
– Jestem z WKU (taki organ zwany Wojskową Komendą Uzupełnień), proszę oddać mi ten bilet. Nie idzie pan do wojska.
Z pokoju rodziców wyszła mama. Zaspana, chyba też skacowana.
– Co się dzieje? – zapytała w miarę normalnie przecierając oczy.
– Pani przyszła po bilet. Mówi, że nie idę do wojska – oznajmił brat.
– I bardzo dobrze. Oddaj i wracajcie do łóżka. Niedziela jest. Spać trzeba. – odezwał się z pokoju skacowany tato.
Brat poszedł do pokoju. Z portfela wyciągną kawałek papieru.
– A to nie jest jakiś numer kumpli? – upewniał się.
– Nie, proszę jutro przyjść do WKU, to dowie się pan więcej. Dziś zbieramy bilety od ludzi, którzy jutro mieli stawić się w jednostkach.
Pani powiedziała jeszcze „do widzenia” i poszła sobie. Rodzice ponownie zamknęli się w pokoju. Brat usiadł na taborecie w kuchni. Spojrzał na stertę brudnych naczyń. Potem na rząd pustych butelek pod kolejnymi taboretami.
– Cholera, tyle gorzały poszło na marne….
Dziwne czasy….

Sprawa wkrótce się wyjaśniła. Oto osiemnastego października Rada Ministrów przedłużyła o 2 miesiące służbę wojskową żołnierzy wojsk lądowych, którzy kończyli drugi rok służby. Mówiąc normalnie – stary rocznik do domu nie wrócił i został w koszarach, w związku z czym zabrakło miejsca na nowy rocznik.
Stary rocznik wył i płakał. Nowy pił z radości. Przynajmniej do osiemnastego grudnia miał spokój. Liczył również na to, że przed świętami nikt nie będzie miał czasu na zajmowanie się młodymi żołnierzami. Odpowiednie służby zajmą się sprzątaniem koszar po starych żołnierzach. Zagrożenie zasadniczą służbą wojskową nadejdzie w styczniu. A do tego czasu wiele się jeszcze może wydarzyć.

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Według scenariusza | x 0

Według scenariusza

Według scenariusza

Czy możecie sobie wyobrazić, że nie byłam zagorzałym fanem serialu „Z archiwum X”? Kiedy w latach dziewięćdziesiątych ludziska nałogowo siadali przed telewizorem, ja patrzyłam na tę rzeczywistość z lekkim uśmiechem? Tak było i nie będę nikogo oszukiwać. Dwieście osiemnaście odcinków (jak podaje wikipedia) gdzieś obok mnie przemknęło. Podobnie z filmami fabularnymi. Dziś czasami zerkam na powtórki.
Serial na pewno był nowością na telewizyjnym rynku. Cieszył się wielką popularnością i zapewne nieźle zarobił. Nie mam nic przeciwko legalnemu zarabianiu forsy. Nie mam również nic przeciwko przerabianiu filmowych scenariuszy na książki. Pisałam już recenzje z takowych. Tym razem w moje ręce wpadła książka „ Z archiwum X. Pokonać przyszłość” , pomysł Ch. Carter, F. Spotniz, scenariusz Ch. Carter, adaptacja E. Hand. Jednym słowem – epicka wersja filmu kinowego opartego na serialu telewizyjnym. Uf, dużo tych danych, ale jest przynajmniej uczciwie.
Film powstał w 1998 roku, o dziwo książka ma też taką samą datę druku. I to w Polsce. Można więc wysunąć wniosek, że była ona elementem reklamowym filmu. Chcesz to obejrzyj film, chcesz to przeczytaj książkę. Praktyczne, zgodne z duchem marketingu. W sumie też nie ma nic przeciwko temu. Proces odwrotny do adaptacji, ekranizacji dzieła literackiego.
Przyjrzyjmy się każdemu z tych zabiegów. Jeśli przenosimy na ekran powieść, piszemy scenariusz, który nie jest wierną kopią utworu epickiego. Jest z reguły jego interpretacją. I tak w kinematografii polskiej mamy trzech „Znachorów” – Kazimierz Junosza – Stępowski, Jerzy Bińczycki i Leszek Lichota. A wszyscy pochodzą z powieści Tadeusza Dołęgi – Mostowicza. I każdy jest inny. Ten z powieści też jest inny, bo jego sylwetka, ocena postępowania, zależy od czytelnika.
W przypadku odwrotnym jest zupełnie inaczej. Książka nie różni się od filmu. Nie ma prawa się różnić, bo byłaby osobnym dziełem, a przerabianiem scenariusza na powieść zajmują się fachowcy od pisania, często właśnie scenariuszy. Po takim utworze nie spodziewajmy się fajerwerków. Powieli on treść filmu. Będzie napisany prostym, nieskomplikowanym językiem, żeby każdy zrozumiał o co chodzi. Nie odkryje żadnej tajemnicy. Tak jest w przypadku tekstu, który trafił w moje ręce. Próbowałam znaleźć w nim coś specjalnego…. Nic z tego nie wyszło. Ot, takie dobre wypracowanie na poziomie ostatniej klasy dawnego gimnazjum.
Klikając teraz w klawiaturę, myślę sobie, że wydanie drukiem scenariusza byłoby bardziej ciekawe. Można by wówczas gdzieś w zakamarkach swego umysłu samemu stworzyć sobie obraz. Może nawet nieruchomy. Taki bardziej malarski. I wpleść w niego sylwetki bohaterów… Oj, rozmarzyłam się… Przeciętny czytelnik scenariusza nie kupi. A takie „Z archiwum…” pewnie tak. Będzie marzył o zdobyciu autografu swych filmowych idoli na egzemplarzu swojej książki….

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Świat Zofii | swiat 0

Świat Zofii

Bez negatywów

Co napisać o książce, która nie ma negatywnych recenzji? Jest światowym bestsellerem. Została przetłumaczona na 54 języki i sprzedana w ponad 30 mln egzemplarzy (dane z wikipedii). Nie da się ukryć, jest wyjątkowa. To „Świat Zofii” Josteina Gaardera. Książkę określa się jako „wprowadzenie do filozofii” i jest przeznaczona dla młodego czytelnika. Bohaterka ma 15 lat i wędruje przez historię ludzkości poprzez rozważania filozofów ze wszystkich epok, od czasów mitycznych po współczesność. Od opowieści o legendarnym Thorze po teorię wielkiego wybuchu. Mityczne i religijne opowieści też są elementem filozofii.
Wszystko ubrane jest w opowieść o losach nastolatki oczekującej na swe piętnaste urodziny. Oprócz wiedzy od starszego pana, otrzymuje ona również znaki od tajemniczego majora, równie tajemniczej Hildy. To daje opowieści fabułę. Powoduje ona iż teksty o zagadnieniach filozoficznych też stają się fabułą. Nie są nudnymi opowieściami typu popularnonaukowego. A tak na serio, taką właśnie publikacją jest utwór Gaardera. Jego podstawowym celem jest zapoznanie czytelnika z podstawowymi nurtami filozoficznymi, sylwetkami ludzi, których rozważania o sensie życia stały się nauką.
Pierwszy raz zetknęłam się z książką jako nauczyciel. W podręczniku starszej klasy szkoły podstawowej był fragment o Heraklicie. Na studiach przez cały rok miałam przedmiot zwany „Historią filozofii” i ów Heraklit utkwił mi najbardziej w pamięci. Lekcje na jego temat poprowadziłam z przyjemnością. Oczywiście zaczęłam szukać książki. Wtedy przeczytałam ją po raz pierwszy. Teraz ponownie wpadła mi w ręce. Postanowiłam przeczytać jeszcze raz.
Nic w moim odbiorze treści się nie zmieniło. Bardziej doceniłam formę powieści jako utworu właśnie dla młodzieży. Ale do dziś nie jest to lektura, którą się czyta od razu, za jednym zamachem. „Światem ….” trzeba się delektować, inaczej pomiesza się wszystko w głowie. Jeden rozdział dziennie i wystarczy. Wtedy nie tylko historia filozofii zostanie nam w głowie. Fabuła też ma cechy filozoficzne i to właśnie ona daje najwięcej do myślenia. Kim jesteśmy? Dziećmi Prometeusza? Odyna? Boga? A może efektem ewolucji? Może tylko bohaterami powieści, którą ktoś pisze? Gdybym dzisiaj omawiała z uczniami treść książki, zaczęłabym właśnie od tego… Niestety, utworu nie ma na liście lektur. Chyba szkoda.
Cóż jeszcze można napisać o utworze doskonałym? Chyba nic więcej. Trzeba ją po prostu przeczytać. Położyć obok czytanego właśnie kryminału, by w przerwie między jednym śledztwem a drugim, podumać nad sensem życia według Kanta… Kto wie, może trzeba będzie na śledztwo spojrzeć filozoficznie?
Moje opowiadanie filozoficzne dla dzieci jest tu https://www.czarownice.kosz.pl/news-9840-Panta_rhei…._(1).php

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Wszędzie byli nasi | nasi 0

Wszędzie byli nasi

Wszędzie byli nasi

Kiedyś już recenzowałam tomik ze starego cyklu „Ekspres reporterów”. Tym razem kolejny, z 1986 roku. Tradycyjne trzy reportaże „o aktualnym wydarzeniu, społeczno – obyczajowy, kryminalny”. Zobaczmy, co działo się czterdzieści lat temu… Zacznijmy od „aktualności”…
Oj, widać, że minął szmat czasu. Reportaż o Polakach w Londynie ma już, a może aż, cechy tekstu historycznego. Napisał go Rafał Jabłoński, nosi tytuł „Indiańskie lato nad Tamizą”. Żyją jeszcze ci, co walczyli w II wojnie światowej. Wspominają i narzekają na współczesne pokolenie emigrantów, które jakoś nie podziela ich fascynacji przeszłością. Moja koleżanka na początku obecnego stulecia spędziła kilka lat w Londynie. Opiekowała się swymi wnukami, które tam przyszły na świat. Wyjazdu bała się jak diabeł święconej wody. Tymczasem wszystko było zupełnie inaczej. Polaków na wyspach brytyjskich było sporawo, oj było. Wszyscy ruszyli za przysłowiowym chlebem. W każdym razie koleżanka od razu znalazła polskie towarzystwo i wcale nie czuła się samotna. A przeszłość, a wojna? Nie, to nie była ta fala emigracyjna. Współczesna ciężko pracowała, by powrócić do Polski. Polityka nie miała z tym nic wspólnego, w przeciwieństwie do pokolenia wojennego. Przy tym reportażu możemy się delikatnie uśmiechnąć i zamruczeć pod nosem „Inne czasy, oj inne”.
Drugi reportaż – Zbigniewa Juchniewicza „Ten uparciuch Kowalski” opowiada o wynalazcy – konstruktorze, który znalazł sposób i skonstruował urządzenie samochodowe do oszczędzania paliwa podczas jazdy. Niby wszyscy są zainteresowani, ale tak na serio nikt nie czyni żadnego kroku, by wynalazek wprowadzić w życie. O dziwo, internet pełen jest artykułów na ten temat. Turbinka Kowalskiego miała poprawić jakość jazdy naszym „Maluchem” czyli Fiatem 126 P. W każdym tekście, tym w „Ekspresie…” też mamy sporo technicznych informacji. Niestety, ja ich nie kumam. Nie jestem kierowcą, nie znam się na autach. Moja znajomość techniki skończyła się w liceum, kiedy na blachę wykułam zasady funkcjonowania silnika cztero i dwusuwowego. Oczywiście dziś już nic z tego nie pamiętam. Muszę jednak przyznać, iż ten reportaż wydaje mi się być ciągle aktualny. Zwłaszcza jeśli chodzi o tzw. „polskie piekiełko”….
Trzeci reportaż o zabarwieniu kryminalnym Jana Tettera „Podnośnik typu TIR” opowiada o szajce włamywaczy rodem ze stolicy. Milicja nie potrafi ich namierzyć, a oni jak gdyby nic mieszkają sobie na Pelcowiźnie, konkretnie na Marywilskiej. Kiedyś była tam tam Fabryka Samochodów Osobowych i nazywano to Żerań. Natomiast dziś Marywilska znana jest z centrum handlowego. Ot jak to czasy się zmieniają. Wystarczy takie czterdzieści lat, cóż to jest wobec wieczności, i świat wokół nas jest całkiem inny…

❤️
3
👍
1
⭐
0
💡
1
❗
0
📖
0
Retro nie dla seniora | koron 0

Retro nie dla seniora

Retro nie dla seniora

Kiedy w naszym Klubie Ciekawej Książki otrzymałam kolejną pozycję do przeczytania, ciężko westchnęłam. Cezary Łazarewicz „Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej”. No do jasnej takiej i owakiej, nie mamy innych trudnych spraw kryminalnych niż wracanie do tematu wielokrotnie powielanego, powtarzanego, analizowanego? Jak widać, nie mamy. Piszemy zatem reportaże o wymiarze historycznym. Być może łatwiej takowy napisać niż grzebać się w wydarzeniach współczesnych… Wszystko już właściwie wiadomo, wyjaśniono, podano wątpliwości, wojna zniszczyła dowody, ludzie biorący w tym udział raczej już nie żyją… Wystarczy tylko zebrać wszystko do przysłowiowej kupy i już, książka napisana. Być może są tacy, co jeszcze nie wiedzą. Takie młode pokolenie na przykład. Czy obejrzy film Janusza Majewskiego z 1977 roku o zbrodni w wilii we Lwowie? Pewnie nie. Stary i polski do tego. Żadnych efektów specjalnych. Zatem, dobrze, niech będzie. Książka jest dla nich. Nie każdy ma swoje lata i sporo przeczytał. Przejdźmy zatem do próby oceny owej pozycji.
Zapowiadana jako rewelacja, bo z nowymi tropami, niczego nowego do mojej wiedzy o zabiciu 17 – letniej Lusi, nie wniosła. Proces sądowy był poszlakowy. Twardych dowodów wszak nie znaleziono. Rita Gorgonowa swoje odsiedziała i rozpłynęła się w historii. Oczywiście autor omawianej książki próbuje ją odnaleźć, ale, spojleruję, nic z tego nie wychodzi. Rozmawia natomiast z córkami skazanej. Zwłaszcza Ewa ma ponoć wiele do powiedzenia. Może i ma, ale według mnie nic nie mówi.
W sumie wracamy do punktu wyjścia czyli opowiedzenia starej historii z 1931 roku. Makabryczne morderstwo znalazło się na pierwszych stronach ówczesnej prasy. Szybko ustalono, iż zabiła Rita Gorgonowa. Ówczesny lud od razu skazał ją na karę śmierci. Ówczesne społeczeństwo pasjonowało się procesem sądowym. Nareszcie coś się działo. Prawie tak jak w Ameryce. To tam w 1926 roku Maurine Dallas Watkins pisze sztukę pt. „Chicago”. Sztuka zostaje przerobiona na musical, a potem, w 2002 powstaje słynny film z Renée Zellweger, Catherine Zeta-Jones i Richardem Gere. W Polsce musical pokazywano pięć razy. Ja oglądałam go w Teatrze Komedia w Warszawie. Podobnie jak w przypadku Gorgonowej, „Chicago” opowiada o reakcji ludu na popełnioną zbrodnię. Pokazuje również, że będąc domniemanym przestępcą, można stać się sławnym. Gorgonowa żyje w ludzkiej pamięci do dziś, pisze się o niej książki, na których ktoś tam zarabia.
Dobrze, wystarczy tych złośliwości. Trochę pozytywów. Tekst jest poprawnie napisany. Nawet dwie części są. Rozdziały z reguły krótkie, co może sprawić, iż czyta się je szybko w oczekiwaniu na dalszy ciąg. Ja tego uczucia nie doznałam. Historię bowiem znam prawie na pamięć. Prawie rok temu recenzowałam książkę Edmunda Żurka „Krawędź życia”, w której oczywiście Rita była… Tamten tekst też mnie nie zachwycił…

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Urwany film | piek 0

Urwany film

Urwany film

Dawno nie trafił do mnie western – tekst o Dziki Zachodzie, jak określano opowieści pisane tekstem i te filmowe, opisujące życie na Zachodzie Ameryki Północnej. To tak dla informacji młodego pokolenia, które ma prawo nie wiedzieć. Termin „western” chyba najpierw powstał w związku z kinematografią, ale pewna nie jestem. Wszak zanim nakręcono pierwszy film o dzielnych chłopcach od krów, zwanych kowbojami (spolszczona nazwa) niejaki James Cooper już powieści o owych Dzikim Zachodzie pisał. W każdym razie dla ciekawych, temat też ciekawy.
Tym razem zabrała się za czytanie krótkiej książeczki, mającej być pierwszą z cyklu, pt. „Piekło w dolinie” autorstwa Ernesta Haycoxa, wydawnictwa „Przygoda” ze Szczecina z 1989 roku. Rozmiar kieszonkowy, zatem literatura do zabrania w podróż. Jadąc pociągiem na przełomie lat 80/90 ubiegłego stulecia, który jeszcze stukał o szyny, a dworce miały specyficzny zapach, taka lektura mogła przybliżyć odległe czasy walki o wielkie terytoria na owych Zachodzie.
W opowieści Haycoxa jest wszystko, co być powinno. Małe miasteczko, bo wsi tam nie było. Wielkie farmy, bo były zamiast wsi. Sąsiedzki konflikt i nie o miedzę, ale o wielkie terytoria i diabli wiedzą o co jeszcze (konflikt jest od lat). Na tym tle miłość. Piękna dziewczyna. Nawet nie jedna. Zło i dobro. I oczywiście ON – jedyny sprawiedliwy. Nazywa się Jim Kelland i jest sędzią federalnym. Ma zrobić porządek. Cokolwiek to nie oznacza. Akcja zaczyna się rozwijać.
Tytuł wskazuje, że będzie ostro, kiedy dwie zwaśnione strony skoczą sobie do przysłowiowych gardeł ( a może będzie tak dosłownie?). W każdym razie czytam i czekam na wielką walkę.
I nagle, a dokładnie na stronie 161, pojawia się polski doktor. Ba, akcja przenosi się do Afryki. Potem jest jeszcze gorzej. Pojawia się jakiś Radiola. Płynie polskim statkiem też do Afryki. Rety, co się dzieje? Gdzie nasz western? Jak potoczy się ostatnia walka w dolinie? Dlaczego od razu do Afryki? Nie dość, że Indian w opowieści nie było, to żadnego pochodzącego z Czarnego Lądu człowieka też nie zauważyłam.
Cóż, rzeczywistość płata figle. Otóż od strony 161 do 193 mamy część innej książki. Ten sam format, ten sam druk, tylko treść inna. Najzwyklejsza w świecie pomyłka w drukarni przy tzw. składaniu. Zapewne drukowano dwie identyczne pod względem technicznym książki. Ktoś nie dopilnował. Ktoś coś przestawił. Komuś coś się pomieszało. Mówiąc w miarę krótko, nie poznałam opisu ostatniej potyczki. Na pole bitwy dotarłam już po wszystkim. Jedyny sprawiedliwy odjechał w stronę zachodzącego słońca, a wszyscy pozostali, oczywiście ci, co przeżyli, żyli dalej długo i szczęśliwie….

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Na miarę możliwości | spr 0

Na miarę możliwości

Na miarę możliwości

Oto przed nami kolejny kryminał – „Sprawa Galtona” autorstwa Rossa Macdonalda właściwie Kennetha Millara. Książka powstała w 1959 roku. Trochę zatem czasu upłynęło zanim trafiła do polskiego czytelnika. Nie możemy zatem przypisywać jej wartości poznawczych, chyba, że historycznych. Ale czy kryminał musi mieć od razu jakieś wartości oprócz rozrywkowych? No, dobrze, czasami bywa kryminał psychologiczny, w którym bardziej niż na intrygę, zwracamy uwagę na postawy bohaterów. Akurat ten do nurtu psychologicznego nie należy. Jest całkiem przyzwoitym tekstem, z całkiem przyzwoitą zagadką.
Zaczyna się trochę niemrawo. Takie jakieś dłużyzny, takie jakieś znaki informujące, że właściwie to już wszystko jasne. Główny bohater – prywatny detektyw Lew Archer też się dziwi. Nie za proste? Nie za łatwe jak na forsę milionerki? Ale co tam. Robota jest robota. Najważniejsze, że płacą.
Być może detektyw nie wie, ale czytelnik wie, że to jeszcze nie koniec. Zagadka z początku książki rozwiązuje się w jej środku. Została jeszcze połowa. Wtedy pojawia się jedna z postaci, do tej pory mało znacząca i …. akcja toczy się dalej, bo nic nie jest takie, jak się pierwotnie wydawało.
Oczywiście schemat powieści kryminalnej zostaje zachowany. Jest morderstwo, to współczesne wydarzeniom i to sprzed lat. Każde zostaje wyjaśnione. Ktoś komuś zaufał. Ktoś kogoś krył. Ktoś kogoś sypnął. Słowem – jak być w solidnym tekście powinno.
Większość recenzji pozytywnie ocenia opowieść. Zalicza ją do kategorii czarnego kryminału. Nie zgadzam się, ale i nie zaprzeczam. Ma coś z „noir”, ale nie do końca. Klasyczne „noir”posiadają bardziej rozbudowaną warstwę psychologiczną. Tutaj jej nie dostrzegłam. Bohaterowie są jacy są. W swym postępowaniu kierują się oczywistymi argumentami, nie komplikują spraw. Kiedy wszystko się wyjaśnia, czytelnik nie zastanawia się, kto miał rację, czy ją miał, czy nie. Jest jak jest, czyli wszystko jasne. Są tacy, co twierdzą, iż jest to jeden z najsłabszych tekstów o Lwie Archerze. A jest ich aż osiemnaście. Nie dyskutuję na ten temat. Innych opowieści nie znam.
Oczywiście, że książkę można polecić zwłaszcza miłośnikom dobrej zagadki kryminalnej. Bardzo dobra na lekturę przed snem, zwłaszcza dla osób cierpiących na bezsenności. Można jej całą noc poświecić i nie narzekać, że sen ponownie nie przyszedł. Przynajmniej jest pożytek z powodu jego braku. Na podróż pociągiem, jesienne mroczne wieczory i wiosenne siedzenie w domu z powodu alergii, też się nadaje. Czeka, kiedy w moje ręce wpadnie następna opowieść….
Aha, film „Ruchomy cel” na podstawie powieści Macdonalda kiedyś oglądałam i nie podobał mi się. Przyszedł czas, by obejrzeć go ponownie. Obsada wyśmienita – Paul Newman, Robert Wagner, Laurem Bacall….

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Szpieg w PRL - u | por 0

Szpieg w PRL – u

Szpieg w PRL – u

Poprzednią książkę Gertrudy R. Sławek (czyli spółki autorskiej Jerzego Bojarskiego i Romana Jarosińskiego) wychwaliłam, pochwaliłam i zachwalałam. Był to pełnokrwisty kryminał na miarę powieści kieszonkowych w PRL-u, doskonały do czytania w pociągu, który wówczas stukał jadąc po torach, gwizdał przy każdym przejeździe i w ogóle był super. Teraz dotarła do mnie kolejna pozycja duetu – „Portret bez twarzy”. I trochę mi tak głupio, bo muszę się trochę pośmiać.
Opowieść porusza bowiem temat, który zawsze wywoływał u mnie „banana” na twarzy. Szpiegostwo. Oczywiście, macie rację. Taki Hans Kloss też szpiegował. O Jamesie Bondzie nie wspomnę…zaraz, zaraz… chyba jednak wspomnę. Jeśli 007 nie ścigał wyimaginowanych przestępców w stylu doktora No, to inwigilował największego swego wroga czyli ZSRR. W jednym z filmów to nawet jakąś maszynę, deszyfrującą chyba (i nie była to enigma) jakaś Rosjanka wyniosła z ambasady i mu dała. Jednym słowem, Zachód, nazywany przez pewien czas Zgniłym Zachodem, bez nowoczesnej technologii socjalistyczno – komunistycznej obejść się nie mógł. Z tego tez powodu każda tematyka szpiegowska nawiązująca do dawnych czasów, rozśmiesza mnie. Bo według propagandy owego zachodu (tym razem przez małe z) w krajach demoludu panował smród, brud i ubóstwo, a na półkach stał tylko ocet.
Wróćmy do omawianej książki. Treść tradycyjna. Obcy wywiad werbuje do współpracy młodą Polkę. Ta dostaje zadanie przekraczające jej możliwości – musi oczarować i uwieść inżyniera – naukowca. Facet konstruuje urządzenie, bez którego technika nawet w Berlinie Zachodnim nie ruszy z posad. Oczywiście robi to w Polsce, już w epoce octu (książka wydana w 1979) i pustych sklepów rzeźniczych. Ma siłę ten polski ocet, wegetarianizm też swoje robi. Niestety, facet jest brzydki i zadanie jest praktycznie nie do wykonania. Dziewczyna woli przystojnych. Ale akcja jakoś powoli się toczy. Tak jak te pociągi w PRL-u. W końcu jest długo oczekiwany trup. Wszak książka wydana w serii kryminalnej „Labirynt” więc ktoś umrzeć musi. Oczywiście pojawia się dzielny milicjant, który we współpracy z innymi dzielnymi, mordercę ujmuje i zatrzymuje. Morderca też pokazuje się być agentem, który szpiegował i przemycał na Zgniły Zachód bezcenne zdobycze polskiej myśli technicznej, które ten zachód miały ratować.
I dlatego kochani mam „banana” na twarzy. Zastanawiam się, skąd wzięły się u nas opowieści o niezliczonej ilości szpiegów, przemycaniu owej „myśli technicznej” lub unikalnych wyników badawczych. Na prawdę byliśmy aż taką potęgą w epoce panowania socjalizmu? Jeśli tak to brawo my. Jeśli nie, to oznacza, że opowieściami o szpiegowaniu i werbowaniu leczyliśmy własne kompleksy…. No to głosujemy…. Kto za pierwszą opcją, kto za drugą?

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 2 – 3 – 4 – 5 – 6 – 7 – 22 –