Żyłam sobie w PRL-u (16)
Żyłam sobie w PRL – u (16)
1978 (1)
Partia (1)
Przełom 1977/78 był szczególny w moim życiu. Ostatnia klasa liceum, zatem najpierw studniówka, potem matura.
Z pierwszą imprezą, w przeciwieństwie do moich koleżanek z klasy, nie miałam problemu. Partner był. Regularny i własny chłopak. Podczas gdy inne dziewczyny szukały, ja chodziłam na randki.
Sen z oczu spędzała mi matura. Z matematyki. Do dziś należę do niezidentyfikowanej grupy społeczeństwa, która myli się w liczeniu nawet na kalkulatorze. A ówczesna matura składała się z dwóch przedmiotów obowiązkowych: właśnie matmy i oczywiście polskiego. Jeśli chodzi o drugi to problem polegał na tym, czy zdam na „piątkę” czy na „czwórkę” ( „szóstek” wtedy nie było).
Kolejne dwa przedmioty były do wyboru. W moim przypadku wielkiego wyboru nie było: ponownie polski i historia. I ponownie problem – „pięć” czy „cztery”.
Co zrobić z matmą?
Kilkakrotnie ocierałam się z tego przedmiotu o ocenę niedostateczną na półrocze lub rok szkolny….
– Mamo, może byś poszła do matematyka, poprosiła o jakieś korepetycje…. da się mu zarobić…. to może pomoże na tej maturze…. – szepnęłam pewnego dnia, kiedy byłyśmy same.
Mama zdawała sobie sprawę z mej słabości do cyferek, wzorów skróconego mnożenia i układów współrzędnych. Uznała, że dziecko trzeba ratować. Poszła do nauczyciela.
Wróciła w złym nastroju. Z jednej strony ulżyło jej, bo podjęła próbę, z drugiej – w fatalnym. Matematyk spojrzał na nią i kręcąc głową rzekł:
– To pani nie ma na co pieniędzy wydawać? Przecież ona (znaczy się ja) nigdy się tej matematyki nie nauczy. Tuman matematyczny i tyle.
Dziś nazwanie ucznia dzieckiem wiatru i kurzu pewnie jest karalne. Dziś uczniowie mają dysleksję, dyskalkulię, ADHA i inne przygwizdy. Wtedy charakteryzowało kogoś, kto za chiny ludowe konkretnego przedmiotu nauczyć się nie mógł.
Nie było więc ciekawie.
Co prawda zawsze z matematycznych opresji wyciągali mnie nauczyciele humaniści, że niby jestem talent humanistyczny i historię zarówno literatury, jak i Polski znam na wyrywki. Ale co taki polonista na maturze pomoże? Sam pewnie tuman.
Szansa otworzyła się tuż przed świętami Bożego Narodzenia.
Otóż kilku nauczycieli zaczęło agitować młodzież klas maturalnych do wstąpienia w szeregi jedynej słusznej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. O dziwo byli to nauczyciele z grupy w miarę normalnych i lubianych przez uczniów. Wśród nich – matematyk.
Czym do tej pory w moim życiu była partia?
Właściwie to …. niczym. Była, bo była. Rządziła, bo rządziła. Ktoś musiał rządzić. Mówiono, że ci co do niej należą, mają lepiej. W sumie jakoś tego w swoim środowisku nie zauważyłam. Chyba była nawet przeciwnie. Dziś powiedzielibyśmy, że byli ofiarami hejtu.
Ale czasami się taka partia przydawała. Oto kilka lat temu moja mama po dwunastu latach wychowywania dzieci postanowiła wrócić do pracy i to do tej, którą porzuciła po moim urodzeniu. Proste to nie było. Ale partia pomogła. Ojciec miał znajomego sekretarza w komitecie i ten robotę matce załatwił. Chociaż bezpartyjna była.
– Mamo, a może ja bym tak do partii…. Matematyk agituje…. – szepnęłam nieśmiało, kiedy same siedziałyśmy w kuchni.
– W naszej rodzinie nie ma partyjnych…. – zauważyła.
– A wiadomo…. może się ukrywają…. – wysunęłam teorię potwierdzoną faktem, iż też nie wiedzieliśmy, którzy nauczyciele są w partii. – Jeśli bym wstąpiła, to może na maturze by mi facet pomógł…. mówią, że partia swoim pomaga i jak się do niej należy, to ma się lepiej.
Mama westchnęła.
– Nie wiem jak to jest z tą pomocą…. nam partia pomogła, chociaż nie jest jesteśmy partyjni, ale w sumie…. tyle osób do tej partii należy…. pełnoletnia jesteś. Sama podejmij decyzję.
Nie dało się ukryć. Miałam osiemnaście lat.
Oczywiście w szkole trwała dyskusja czy się zapisać, czy nie. Ci, którzy chcieli przyłączyć się do grona wybrańców, mieli różne ku temu powody.
– U mnie cała rodzina należy.
– Mnie ojciec kazał.
– A ja z powodów ideologicznych. Wierzę w przewodnią siłę narodu.
– Żeby w przyszłości być na stanowisku, trzeba należeć. Jak się teraz zapiszę, będę miał dłuższy staż i bez problemu zostanę dyrektorem.
– Ja żeby maturę z matmy zdać… – dołączałam do wymianu zdań.
Mój powód wstąpienia w szeregi PZPR nie robił na nikim żadnego wrażenia. Powód jak każdy inny. Ani dobry, ani zły.
I tak oto pewnego dnia po kolejnej stresującej lekcji matematyki podeszłam do biurka.
– Chcę zapisać się do partii i chcę, żeby pan był moim rekomendującym! – powiedziałam na jednym oddechu.
Nauczyciel spojrzał na mnie spod okularów.
– A dlaczego chcesz należeć…. zresztą to nieważne.
Z biurka wyciągnął kwestionariusz. Kazał wypełnić i przynieść wraz ze zdjęciami.
W styczniu przyszłych członków przewodniej siły narodu zgoniono do jeden z sal gimnastycznych. Nie przypuszczałam, że będzie nas aż tylu. Czyżby też mieli kłopoty z matematyką? Było spore grono znajomych.
– Cześć – zaczepiłam kolegę z sąsiedniej szkoły – Ty dlaczego się zapisujesz?
Nachylił się do mego ucha.
– A nie będziesz się śmiała?
– No nie….
– Matura…. polski…. a u nas polonistka namawiała.
Ulżyło mi.
– Ja to samo, tyle że matma – odszeptałam do jego ucha.
I tak wręczono nam legitymację ze zdjęciem.
Matura z matmy zaczęła przybierać konkretną postać. Wszak partia swoim pomaga.
Do końca roku szkolnego płaciliśmy składki w postaci symbolicznej złotówki. Zbierała je nauczycielka, która nie też wyglądała na partyjną i chodziła do kościoła.
Nadszedł maj.
Matura.
Pierwszy dzień polski pisemny. Wszystko w porządku. Wypracowanie na dziesięć stron papieru A4 w jedną linię.
Drugi dzień. Matma pisemna. Pięć zadań. Żadnego nie rozumiem. W pierwszym coś o słynnym układzie współrzędnych. W kolejnym jakiś logarytm. Co to jest logarytm?
Partio pomocy!
I w sumie nie wiem, jak to z tą pomocą było. Pomogła oczywiście partia, ale pomogła nie tylko swoim, ale i bezpartyjnym.
Kolega, też świeżo partyjny, najlepszy matematyk w klasie, szybko poradził sobie z dwoma zadaniami. Wzrokiem ściągnął, też rekomendującego go w szeregi towarzyszy, nauczyciela. Ten już dawno rozwiązał zadania wraz z innymi przy stole prezydialnym, z którego nas obserwowano. Podszedł do kolegi, dokładnie przeanalizował rozwiązanie, coś przekreślił i kiwnął potakującą głową. Wrócił na swoje miejsce.
Kolega wyciągnął z kieszeni notatnik formatu A6, w którym znajdowała się kalka. Zaczął przepisywać rozwiązania zadań. Kiedy skończył, wyrwał kartki z notatnika, wzrokiem ściągnął nauczycielkę, która do partii nie należała, znaczy się w okresie zimowej agitacji nie agitowała. Ta zabrała karteczki od niego, złożyła je i …. spacerując po sali pytała szeptem uczniów, czy aby im ściąga nie potrzebna. Nieważne czy partyjny czy bezpartyjny.
Niektórym potrzebna nie była, ale mnie jak najbardziej. Wzięłam karteczkę.
– Przepisz i podaj dalej – usłyszałam nad uchem.
I w ten oto sposób matmę zdałam na tróję, pozostałe przedmioty na piątki. Z tymi drugimi partia oczywiście nie miała nic wspólnego.
Partia w moim życiu otrzymała drugą szansę. Podczas egzaminu na studia. Czasy były takie, że można było zdawać tylko na jedną uczelnię.
Wybrałam taką, która wydawała się najmniej zatłoczona. Podczas egzaminu zamieszkałam w akademiku z trójką dziewczyn z Pomorza. Już podczas pogaduszek w pierwszą noc każda przyznała się, że zapisała się do partii. Żadna z przyczyn ideologicznych.
Żadna z nas na studia się nie dostała. Partia nie pomogła.
Do trzech razy sztuka.
Skoro na studia się nie dostałam, jak każdy przyzwoity człowiek postanowiłam pójść do pracy. Do wymarzonej pracy. Chciałam zostać nauczycielem, zdawałam na uczelnie pedagogiczną. Nie dostałam się. Trudno. Czasy były takie, że nauczycieli brakowało, bo dzieci było dużo.
Oczywiście, że poszłam do Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Niech się partia wykaże. Niech pomoże.
Pani w sekretariacie Pierwszego Sekretarza podałam powód przybycia. Zrobiła zdziwioną minę, rozłożyła ręce.
– Ale w sprawie pracy w szkole to proszę do kuratorium…. my nie zatrudniamy nauczycieli…
– A może chociaż tak telefon od Pierwszego z poparciem… – próbowałam uśmiechem wymóc na pani jakiekolwiek poparcie.
Pani też się uśmiechała.
– Myślę, że nie będzie takiej potrzeby. Nauczycieli brakuje.
Budynek opuściłam w kiepskim nastroju.
Żadnego wsparcia.
Zero pomocy.
cdn.
całość na https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php
Autorem fragmenty powieści "Żyłam sobie w PRL-u (16)" – jest Grazyna KS. Wszelkie prawa autorskie do fragmenty powieści należą do autora. Kopiowanie, rozpowszechnianie, publikowanie lub jakiekolwiek wykorzystanie utworu w całości lub w części, bez uprzedniej pisemnej zgody autora, jest zabronione. Niniejszy utwór został opublikowany na portalu poezja-proza.pl w celu promocji twórczości autora oraz dla bezpłatnej lektury czytelników. Zachęcamy do zapoznania się z innymi publikacjami portalu, takimi jak wiersze, haiku, opowiadania, dzienniki, listy, recenzje, oraz myśli autorów.