Autor: Grazyna KS

0

Zeszyt

Zeszyt

Kupiłam nowy zeszyt
w kratkę.
Znalazłam stary długopis.
Był pod
czarna
klawiaturą
komputera.
Postanowiłam
pisać
tworzyć
wymyślać
fantazjować.
Przelewać na papier
myśli
uczucia
pragnienia.
Tworzyć rzeczywistość
za pomocą krzywych liter.
Ukoić samotność
w myśli o tłumie.

I nic.
I cisza.
I nowy zeszyt
pozostał niemy,
wyrwane kartki trafiły do torby
na zakupy
ze zwykłym spisem
marchewek
rzodkiewek
cukru
i mąki.

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Zew natury | sta 0

Zew natury

Zew natury

Twórczość Williama Whartona jest w Polsce niezwykle popularna. Czytali go moi znajomi sprzed lat, czytają obecni. Mnie jakoś to ominęło. Nadszedł czas, by nadrobić lektury.
W moje ręce trafiło „Stado”, książka, której temat trudno jednoznacznie określić. Słowo „stado” ma bowiem wiele znaczeń, chociaż najczęściej kojarzy się ze światem zwierząt. A tu na początku mamy rodzinę, jako przykład stada w pozytywnym znaczeniu. Ludzie żyją w zasadzie normalnie, na ile normalne może być życie w latach wielkiego kryzysu, czyli latach trzydziestych minionego stulecia i tuż po nim. Ot taka sobie zwykła rodzina, z typowymi dla tamtych czasów problemami, kłopotami dnia codziennego. Jest też druga rodzina z synem zapowiadającym się na geniusza. Oba wątki toczą się początkowo równolegle, ale my, czytelnicy wiem, że w pewnym momencie, niczym linie proste poprowadzone z różnych kierunków w tę samą stronę, przetną się. Czekamy na ten moment z niecierpliwością. Bez problemu brniemy przez konflikty członka związków zawodowych z „gorylami” właściciela. Cofamy się nawet do czasów I wojny światowej, by przyjrzeć się tragedii żołnierza. Trzymamy kciuki za ostatniego z ocalałych kotków. Czy uda mu się przeżyć? Czy ludzkie stado przygarnie go? A co dzieje się z chłopcem, który miał być geniuszem? Czy ocaleje jego umysł? Jak wykorzysta jego możliwości? Czy ówczesny, współczesny dla niego świat, pozwoli mu na to? I co w tym wszystkim robi lew?
Akurat moje wydanie nie miało lwa na okładce, w przeciwieństwie do innych wydań. I bardzo dobrze. Pojawienie się lwa było niespodzianką. Jego życie w ludzkim stadzie pokazało, że można, wszystko można, jeśli się tylko chce, jeśli się tylko kocha.
Dla mnie książka Whartona jest właśnie utworem o miłości w stadzie, w grupie, między ludźmi i zwierzętami. Równoległe prowadzenie wspomnianych powyżej wątków pozwala na porównanie ludzkich losów. Jakże są podobne! Nie, nie w wydarzenia, osoby, ale właśnie uczuciowo. Są to dwa stada funkcjonujące osobno, nie znające się wzajemnie, a jednak bardzo sobie bliskie. W stosunku do siebie każdy robi to co robi z miłości do innego członka swojej grupy. Czasami przykłada palec do ust i nakazuje milczenie. Czasami przykłada co innego w sam środek głowy, ale to też jest gest miłości i przywiązania.
Tak, wiem, recenzenci piszą o tym, szkoda lwa. Ale nie szkoda łez, które cisną się czytelnikowi do oczu. Serce buntuje się. Rozum mówi, że tak trzeba było….
Przez pierwsze stronice opowieść nużyła mnie. Wydawało mi się, że już ją odłożę, bo nie dostrzegałam w niej nic oryginalnego. Ale jakaś siła kazała mi brnąć dalej. Do finału. Dopiero w finale czujemy siłę prozy Whartona. Przeprowadza nas przez zwyczajny świat, by dać niezwyczajny koniec.

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Wyśpiewane wspomnienia | wroc 0

Wyśpiewane wspomnienia

Wyśpiewane wspomnienia

Anna German to wyjątkowa postać w historii polskiej muzyki rozgrywkowej. Piosenkarka o wyjątkowym głosie, śpiewająca z łatwością w kilku językach, laureatka wielu międzynarodowych festiwali, niezwykle popularnych w w latach sześćdziesiątych. Cała Polska śledziła jej walkę o powrót na scenę po tragicznym wypadku samochodowym w 1967, a potem zmagania z nowotworem.
Tuż po tym, jak stanęła na nogi (dosłownie) po wypadku w 1970 opublikowała niewielką książeczkę „Wróć do Sorrento?…” Skromna opowieść stała się wówczas bestsellerem. Wszyscy chcieli przeczytać, wszyscy chcieli wiedzieć, jak to się stało, dlaczego się stało… Jako dziecko pamiętam rozmowy dorosłych o tragedii piosenkarki. Była bliska zrobienia kariery artystycznej, jaka nie była dana żadnej innej artystce. Zamiast kariery, stała się legendą. Dziś może niewielu młodych zna jej piosenki, ale na pewno wiedzą, że była….
Autobiograficzna opowieść Anny to również tekst o jej dzieciństwie. Trudnym, a zarazem niezwykle ciekawym. Tak samo jak trudne i ciekawe są losy jej rodziców, przed jej narodzinami. Ojciec pochodził z rodziny pochodzenia niemieckiego, matka – holenderskiego. Sama Anna urodziła się w Uzbekistanie. Śledzimy zatem losy legendarnej piosenkarki poprzez lata wojny, tułaczki najpierw do Nowej Rudy, potem do Wrocławia, studia geologiczne i rozwijanie muzycznych zdolności.
Tekst napisany jest niezwykle proste. Mało dialogów, klasycznych opisów też brak. Są to typowe wspomnienia, pisane z potrzeby serca, ale nie dla siebie, dla innych. Wędrujemy zatem z Anną po estradach Polski oraz Europy. Uwierzcie na słowo, nie jest lekko. Nie zarabia się od razu wielkich pieniędzy. Są problemy z doborem kreacji na występy. Wszak nasza gwiazda mierzy sobie 184 cm wzrostu, co wówczas jest bardzo niezwykłe. Wielu konferansjerów nie może sobie z tym poradzić. Są po prostu niżsi, nawet jak dziewczyna zdejmie buty na niewielkim obcasie… Po szczeblach kariery Anna wspina się powoli, ale skutecznie. Jest coraz bardziej popularna.
Jej wspomnienia czytałam w wydaniu z okazji Ogólnopolskiego konkursu na interpretację piosenek Anny w 2002 roku. Oprócz tekstu artystki (85 stron), książeczka zawiera wspomnienia jej matki Irmy Martens – German – Gerner. Jest też szczegółowa kronika życia piosenkarki oraz duża ilość czarno-białych zdjęć.
Opowieść oczywiście trzeba przeczytać. Jest dokumentem ludzkiej historii, wzlotów i tragedii, opowieścią o walce najpierw o popularność, potem o życie. Mówi też o ludziach, którzy pomagają i wierzą, że będzie dobrze. Nie spodziewajmy się jednak po tej książeczce rewelacji, sensacji, plotek. Nie, nie o tym ona jest. Swe życie osobiste Anna nawet we wspomnieniach chroni. Wie, że nie wszystko jest na sprzedaż.

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Życzenia | Wielkanoc 0

Życzenia

Cokolwiek świętujecie w tych dniach, mam nadzieję, że jesteście otoczeni dobrymi ludźmi 🌷Najlepszego!

❤️
3
👍
1
⭐
1
💡
1
❗
2
📖
1
W Wieku senioralnym... | pol 0

W Wieku senioralnym…

W wieku senioralnym….

Tytuł powieści Hakana Nessera „Półmorderca” zdecydowanie zachęca do czytania. Zwłaszcza osoby, które lubię sensację, kryminał i tego typu różne akcje. Jeśli dodać do tego, że człek poza domem, na wyjeździe, w cichym hoteliku w środku miasta średniej wielkości, o nie, błąd – Białystok to duże miasto, prawie 300 tysięcy mieszkańców, to wszystko jest już jaśniejsze. A jeśli wyjazd na kilka dni to i walizka. W pewnym wieku, i nie jest to XXI, taka walizka musi być jak najlżejsza, zatem nie książka w wersji papierowej, ale nowoczesny czytnik. Całkiem fajny, bo w formacie A5 i lekki jak piórko.
Kiedy więc przychodzi wieczór lub człowiek pije pierwszą poranną kawę, można taki czytnik wziąć do ręki, legnąć w hotelowym wyrze z miękkim materacem i oddać się lekturze.
Tak więc zaczęłam czytać… I nudno się zrobiło. Za oknem mgła, mżawka, wcale nie grudzień, tylko nadal listopad, a w opowieści o kryminalnym tytule dwóch seniorów, z czego jeden to główny bohater. Wloką się ulicami, jeden z balkonikiem, spotykają się co jakiś czas i nadużywają alkoholu, co w ich wieku wskazane nie jest, ale jakoś leczą tego kaca i wegetują dalej….
Już miałam wyłączyć książkę, kliknąć w coś innego, ale machnęłam ręką. Jak wygląda starość oczami kobiety, wiem z autopsji, ale na facetach się nie znam. Dobra, skoro zostałam skazana na tę książkę, to czemu nie. Przeczytam.
I oto główny bohater spotyka ją. Kogo? No sam jeszcze nie wie. Wysyła tego z balkonikiem, żeby ją szpiegował, bo może ona to ona. Balkonik oczywiście się psuje, jego właściciel zostaje unieruchomiony, a główny wspomina. Rozdziały z akcji bieżącej zaczynają się mieszać z tymi o latach minionych. Główny był kiedyś młody i zakochany, ale jak to w czasach młodości bywa, miłość natrafia na przeszkody. Czy można je pokonać? Różnie to bywa. W powieści Nessera jest rozwiązanie. Oczywiście pod koniec, żebyś czytelniku przebrnął przez kolejne strony na swym czytniku i doczekał wreszcie wyjaśnienia tytułu. Ale niestety, całość nie wciąga. Chwilami jest powolna jak facet idący z balkonikiem. Czasami nudna jak opisy przyrody w dawnych powieściach. Nic, tylko je ominąć, bo niczego istotnego do treści nie wnoszą. Czyli wstęp do akcji – nic ciekawego, akcja – bez blasku i tempa, rozwiązanie akcji – do przewidzenia. Treść niczym nas nie zaskakuje. A szkoda, bo tytuł fajny. Zatem widzimy, jak właśnie tytuł potrafi przyciągnąć czytelnika. Pamiętam lekcje w szkole, kiedy interpretowaliśmy tytuły utworów. Taki Żeromski był mistrzem w ich tworzeniu. Aż chce się zacytować… „Rozdziobią nas kruki, wrony…”, „Ludzie bezdomni”, nieszczęsna „Siłaczka”… Wszędzie metafora nawiązująca do treści utworu.
A tu proszę – zwykła komercja, na którą ja też dałam się nabrać.

❤️
3
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Bez zachwytu | ink 0

Bez zachwytu

Bez zachwytu

Jest problem. Z tą książką. Opinie o niej są pozytywne, niektóre wręcz rewelacyjne. Ponoć prawdziwe dzieło sztuki. Lepsze niż utwory Folletta czy Forsytha. Tak się czytelniczo złożyło, że przeczytałam (może nie do końca dosłownie) „Inkarnację” niejakiego Leopolda zaraz po „Zimie świata” Folletta. I zdanie mam odmienne. Sporo odmienne.
W internecie doczytałam, że ów Leonard to Leonard Zagórki, twórca czterech bestsellerów – thrillerów, które zawojowały polską literaturę w na przełomie lat 80/90. Widocznie wówczas coś mi umknęło, bo nie spotkałam się nigdy z twórczością tego pisarza. Postanowiłam ten brak nadrobić.
Niestety, nie było to bardzo udane spotkanie. Owszem, cała intryga, fabuła jest naprawdę dobrym pomysłem. Pasuje na sensacyjną treść, nadaje się na scenariusz filmu w stylu „Dział Navarony” czy nawet „Złota dla zuchwałych”. Jest opowieścią, która powinna trzymać w napięciu jak prawdziwy wojenny thriller. Ale nie trzyma. Żeby tak było, należało by skrócić powieść o co najmniej jedną trzecią. Książka jest po prostu przegadana. Zdarza się, iż na jednej stronie trzykrotnie powtarzana jest ta sama informacja. Tak, wiem, że to ma swój cel. Autor chciał w ten sposób coś powiedzieć. Ale czytelnika może to zdenerwować.
Do tego życiorysy wszystkich bohaterów…. Wiem, pogłębienie psychiki bohaterów, poznanie przyczyn ich postępowania…. Zawsze jakoś można to uzasadnić. Do tego ich rozważania, rozmyślania, podczas każdej minuty… Jeśli chodzi o mnie nic do akcji i charakterystyki nie wniosły. Wprost przeciwnie. Omijałam je szerokim łukiem czyli nie czytałam. Oczywiście od momentu, kiedy zakumałam, że mnie nudzą. Człowieku, zdecyduj się, albo książka sensacyjna, albo psychologiczna. Połączyć obu jakoś się nie udało. Na tylnej okładce mego wydania jest informacja, że autor „każdą powieściową postać (i tu (…) wyższość tego autora nad Forsythem) jej socjalno-egzystencjalnym kontekstem”. Bardzo mądre słowa, które do mnie zupełnie nie docierają.
Wśród wielu recenzji pojawiają się słowa o tym, iż w prozie Leopolda nie widać granicy między wydarzeniami realnymi a fikcją. Też mi odkrycie…. Proza, jeśli nie jest fantasy ( bo co do science – fiction możemy mieć wątpliwości), zawsze jest złudzeniem rzeczywistości. Do tego tak wiarygodnym, że czynimy często z niej prawdę historyczną, czego dowodem jest nasz ukochany Sienkiewicz.
Słowem, powieść „Inkarnacja” nie przypadła mi do gustu. Wiem, że są tacy, co się nadal będą nią zachwycać. Ja zachwycam się sagami historycznymi Folletta, inni nie. Wszyscy mamy prawo do wyboru odpowiadającej nam literatury. Dlatego też tak różnorodna powstaje.

❤️
2
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
Świat w okowach mrozu | zima 0

Świat w okowach mrozu

Świat w okowach mrozu

Część miłośników prozy Folletta uważa, iż saga „Stulecie”: ( „Upadek gigantów:, „Zima świata”, „Krawędź wieczności”) jest gorsza niż „Kingsbridge”. Jednym z koronnych argumentów jest to, iż w opisie dziejów dawniejszych jest sporo „nowości” , zagadek i tajemniczych historii. Follett przedstawia dzieje w sposób charakterystyczny bardziej dla powieści sensacyjno-obyczajowej niż historycznej. Ma do tego prawo. Dawne dzieje, nie wszystko wiadome, można sobie pofantazjować.
Jeśli jednak zabieramy się za czasy bardziej nam współczesne, ot takie lekko ponad sto lat temu, to już jest inaczej. Tak jest w przypadku pierwszego i drugiego tomu „Stulecia”, które właśnie ukończyłam. Pierwszy tom to pierwsza wojna światowa, upadek jednych imperiów, narodziny drugich. Po dwudziestu latach ponownie wojna. Saga obejmuje zatem lata udokumentowane historycznie, czasy, o których już napisano sporo, nakręcono masę filmów różnego rodzaju. Trudno w tej tematyce odnaleźć coś nowego. O puszczaniu wodzy fantazji też nie ma mowy. (Chyba, że pisze się opowieść o kapitanie Ameryce….). Mimo tego brytyjskiemu pisarzowi udaje się wybrnąć. Nie tworzy rzeczywistości alternatywnej. Stara się oddać jak najwierniej klimat opisywanych czasów, odwołując się do wydarzeń historycznych, które dobrze znamy.
W „Zimie świata” trafiamy na fronty II wojny światowej. Polacy mogą czuć się zawiedzeni. O Polsce niewiele, prawie nic. Ale my posiadamy przecież swoją literaturę. Masa powieści, opowiadań, w tym ostanie zupełnie nietrafione zwane literaturą pseudo-obozową. Warto zatem poczytać, jak to było, mogło być w innych krajach. Mnie osobiście najmocniej utkwił obraz wojny przez pryzmat obywateli faszystowskich Niemiec. W sumie nie znam innych utworów opisujących tamto społeczeństwo. Czy w literaturze polskiej takowe są? Pamiętam zapomnianych „Niemców” Leona Kruczkowskiego. Dramat ten przedstawia różnych mieszkańców III Rzeszy, od typowych faszystów po ich przeciwników.
U Folletta większość bohaterów jest po dobrej stronie mocy. Nawet jeśli początkowo sprzyjają Hitlerowi, to potem zmieniają zdanie. Źli giną. Czasami po prostu zamordowani przez swe ofiary po to, by innych ofiar już nie było. Czasami giną w walce, ot tak, po prostu. Otwierają tym samym drogę do szczęścia innym. Są tacy, co to właśnie zarzucają pisarzowi, iż zła w jego powieści jest …. za mało. Wszak wojna to śmierć. Nie odczułam tego. Nasi bohaterowie nie zawsze walczą na froncie. Tacy amerykanie żyją na swoim kontynencie i prowadzą interesy. Nie wymagajmy od nich, by wszyscy zginęli w ataku Japończyków na Pearl Harbor. Inaczej z Rosjanami. Niby wyzwalają Europę od faszyzmu, ale jako komuniści też są do niczego.
I tak moglibyśmy pisać i pisać o „Zimie świata”… Wspaniały tytuł drugiej części sagi „Stulecie”. Najbardziej trafiony ze wszystkich historycznych tomów pisarza.

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL - u (15) | klodzko 2 5

Żyłam sobie w PRL – u (15)

Żyłam sobie w PRL – u (15)

1976 (4)

Kawa z Bogatyni 93)

Do dworca Warszawa Zachodnia dojechaliśmy po trzydziestu minutach. To, co zobaczyliśmy, przeszło nasze wyobrażenia.
Na każdym torze stały pociągi. Jeden za drugim. Wszystkie, które planowo odjechały z Warszawy Wschodniej, zatrzymały się na Zachodniej. Na peronach panował ruch jak na Marszałkowskiej. Ludzie wysiadali i nikt im nie kazał wracać do przedziałów. Większość biegała próbując dowiedzieć się czegokolwiek od kolejarzy. Ci, albo wzruszali ramionami, albo machali rękoma dodając przy tym „A daj pan spokój”. Żaden nie potrafił odpowiedzieć, kiedy cały pociągowy konwój ruszy ponownie.
Z naszego przedziału na zwiady poszli młodzi faceci. Gdy wrócili, mieli interesujące wiadomości. Nie, nie na temat Ursusa.
– Wiecie co, my to mamy dobrze! – zaczął młody bez błysku – Nasz pociąg stoi przy peronie. Tylko jeden wagon poza. Można spokojnie wyjść, pogadać z ludźmi.
– Inni mają gorzej! Przed nami stoi Bogatynia! Połowa pociągu w szczerym polu! Żeby dostać się na peron, ludzie muszą przejść przez pół pociągu! – kontynuował młody z błyskiem.
-I to jeszcze nie jest złe, bo za nami też stoi pociąg! Wszystko w szczerym polu!
Jak to? Za nami też stoi pociąg?
– No ku… stoi! Wszędzie pociągi. Same pociągi! – zaśmiał się błysk.
Pan bez żony też się zaśmiał:
– Jak na dworcu. Same pociągi.
Atmosfera w przedziale wyluzowała. Zaczęły się dowcipy, wspomnienia jak to ongiś bywało, zwłaszcza w czasie wojny, bo panowie wojnę przeżyli. Było o przepisach na babkę piaskową i szarlotkę. Tematem numer jeden był jednak sport. Wszak już niedługo rozpoczną się igrzyska olimpijskie w Montrealu. Kto ma szansę na medal? Jak pobiegnie nasza Irenka, już wówczas Szewińska? Czy Hubert Wagner zamęczy siatkarzy, czy też nie? Nie na darmo nazywa się go „katem”. Jakie szanse mamy w boksie? A piłkarze? Kolarze?
W pewnym momencie zapachniało nam kawą. Taką naturalną, świeżo mieloną i świeżo parzoną kawą. Taką, jaka tylko w PRL-u być mogła.
Przez okno zobaczyliśmy mężczyznę niosącego szklankę z kawą. Potem drugiego delikatnie przytrzymującego szklankę z gorącym napojem stojącą na spodeczku. Skąd na dworcu zachodnim 25 czerwca 1976 roku wzięła się kawa?
Proste odpowiedzi są najtrudniejsze.
Z wagonu restauracyjnego. Nasz pociąg nie był w takowy wyposażony, ale przecież wokół było tyle pociągów zwanych dalekobieżnymi, że w części z nich na pewno słynny „Wars” jest.
– Panie, skąd ta kawa? – zapytał przez okno ten z błyskiem.
– Z Bogatyni.
– Dziewczyny, chcecie kawy? – szybko zapytał pokazując zęby bez górnej trójki.
– Jasne, że chcemy! – odparłyśmy pokazując wesoło swoje uzębienie, w którym też były braki.
Chłopak chwycił za ramię towarzysza podróży bez błysku i szybko wybiegli z pociągu. Wracali powoli niosąc pełne aromatu szklanki. Tym razem były w tzw. koszyczkach – specjalnych uchwytach pozwalających na trzymanie napoju w rękach.
W przedziale zapachniało.
– Też bym się napiła …. – westchnęła żona patrząc na męża. Ten przytaknął. Miał jednak problem.
– Cholera, nie doniosę. Ręce mi się trzęsą.
– Nie ma sprawy. Przyniesiemy – zaproponował bezbłyskowy i wyciągnął dłoń po pieniądze – A pani? – zwrócił się do samotnej starszej.
– Też bym się napiła…
– Nie ma sprawy – poderwał się błyskowy.
Starszy samotny pan od razu oznajmił:
– Ja nie chcę…. serce….
Poparł go żonaty:
– Ja też nie mogę….
Kiedy do pociągu dotarły dwie kolejne kawy rozpoczął się etap podróży, zwany współczesnym językiem – integracyjno-rozrywkowym. Wyciągnęliśmy podróżny prowiant. Okazało się, że do kawy, czyli coś na słodko, każdy coś miał. Nawet ja, w zestawie otrzymanym od mamy Ryszarda, znalazłam kawałek szarlotki.
W związku z brakiem w przedziale stołu wielkości mogącej pomieścić żarcie, starsi panowie przypomnieli sobie, jak bywało za ich czasów.
Z półki zdjęli walizkę, położyli na kolanach.
– A teraz w „oczko” panowie! – zaśmiał się żonaty – Tak kiedyś grywaliśmy w karty jadąc pociągiem. Na zapałki oczywiście.
Samotny dorzucił:
– Ostry pokerek też się zdarzał. Oj zdarzał.
Rozpoczęła się uczta. Domowe ciasto mieszało się z czekoladą mleczną i landrynkami. Furorę robiły najbardziej tradycyjne ciasteczka zwane herbatnikami. Najtańsze, najlepsze są do dziś. Starsi pasażerowie nadal wspominali stare, dobre czasy, a młodzież o dziwo słuchała. Okazało się bowiem, że dorośli w naszym wieku wcale tacy grzeczni nie byli. Żeby zobaczyć mecz piłki nożnej, wskakiwali na stadiony przez ogrodzenia. W podstawówce w „kiblach” palili papierosy, a wino marki „Wino”, zwane inaczej „patykiem pisane” popijali ukradkiem w piwnicach. Podrywali dziewczyny metodami znanymi dzisiaj jako molestowanie, a owe dziewczyny piszczały z radości, że mają wzięcie.
– A jak ja swoją starą poznałem? Na zabawie w remizie. Wziąłem do tańca i łap za cycki! – zaśmiał się mąż.
Żona udała zgorszoną:
– No wiesz stary, takie rzeczy opowiadać. Młodzież słucha….
– Niech się uczy!
Nie było jak wypróbować nauk męża. Co z tego, że były cycki…. Nie było remizy, nie było tańców… Był tylko przedział w pociągu stojącym już drugą godzinę na śmierdzącym dworcu Warszawa Zachodnia.
– No stara, wyciągnij …. pod te stare, dobre czasy… – mrugnął do żony autor nieprzyzwoitych wspomnień.
Żona otworzyła dużą torbę, którą trzymała na siedzeniu pod oknem. Światu ukazała się półlitrowa butelka z czerwoną naklejką, charakterystyczną dla najpopularniejszego napoju czterdziestoprocentowego w ówczesnej Polsce.
– To nie byle co, to swojska wódka. Zdrowa, z polskich ziemniaków. Sam robiłem – oznajmił szeptem mąż.
Samotny pan rozejrzał się z niepokojem wokół:
– W pociągu to można tylko piwo….
– E tam, kto będzie nam zabraniał. Oni mają teraz ważniejsze sprawy na głowie. Zastanawiają się co z nami zrobić. Jest tylko jeden problem…. kieliszka nie mamy…
I wtedy odezwała się najbardziej milcząca starsza pani:
– Może i coś by się znalazło…
Z czarnej torebki wyciągnęła małą metalową „piersiówkę”, która zamykana była tzw. „naparstkiem”, służącym do picia zawartości pojemnika.
– Bo ja tak sobie biorę trochę wiśnióweczki na drogę, tak na rozgrzewkę…. – próbowała się wytłumaczyć z posiadania tajnego naczynia na alkohol.
Wszyscy machnęli na te słowa ręką. Czerwiec, lato, temperatura wybitnie plusowa… kto uwierzy w rozgrzewkę. W każdym razie mieliśmy podzielnik. I dobrze nam się dzieliło zdrowy, na naturalnych produktach napój wyskokowy.
W trakcie wznoszenia toastu „za zdrowie pań”, zachrzęścił dworcowy głośnik.
– Pociąg pospieszny do…. stoi na torze…. przy peronie…. planowy odjazd pociągu o 1.32.
Spojrzeliśmy na zegarki. Za dziesięć minut. Zatem ruszamy w dalszą podróż.

Pociągi ruszały średnio co dziesięć minut, w takiej samej kolejności, w jakiej wyruszały z dworca Wschodniego. Przed nami odjechała Bogatynia. Wreszcie i na nas przyszła kolej, żeby kolej wypuściła nas w Polskę.
Kiedy ruszyliśmy, w pociągu zaległa cisza. Wszyscy stanęli przy oknach w przedziałach i na korytarzu. Mijaliśmy Ursus.
Nic się nie działo. Ciągniki stały grzecznie na placu. Ulice były oświetlone. Ktoś dostrzegł jadącą ciężarówkę, inny tzw. „polewaczkę”, duże auto rozbryzgujące wodę na jezdnię w celu umycia jej….
Wróciliśmy na swoje miejsca. Zasłoniliśmy okno i drzwi. Wreszcie dopadło nas zmęczenie. Próbowaliśmy zdrzemnąć się.
Na dworze świtało.
Do Wrocławia dojechaliśmy z pięciogodzinnym opóźnieniem. Po drodze zatrzymywaliśmy się w szczerym polu, na stacjach, na których pośpieszne nie zatrzymują się.
Opuścił nas starszy pan i dwóch chłopaków. Wyściskaliśmy się i pożyczyliśmy sobie wzajemnie kolejnego spotkania w podróży, tym razem bez nieplanowanych postojów. Nasz pociąg podzielono na dwa. Jeden pojechał do Jeleniej Góry, drugi do Kudowy i Stronia.
W trakcie przetaczania wagonów, usłyszeliśmy, że pociąg pośpieszny z Warszawy Wschodniej do Bogatyni jest opóźniony o sześć godzin, a opóźnienie może ulec zwiększeniu. Wiadomo, ten jechał przez Radom. Zastanawialiśmy się, czy pasażerom wystarczyło kawy….
W Kłodzku opuściłam przedział. Podziękowałam za przyjemną podróż. Pomachałam ręką na pożegnanie.

Bo dziwne to były czasy…. człowiek spędzał czas z nieznajomymi w pociągu, opowiadał intymne szczegóły z życia, a potem wysiadał, zapominał twarze…. historie…. A w drodze powrotnej ponownie spotykał nieznajomych, ponownie opowiadał …. W swoim życiu ani razu ponownie nie spotkałam nikogo ze swych pociągowych znajomych….

Taksówką dotarłam do małego domku swej rodziny. Otworzyłam furtkę, zaciągnęłam się wonią różanego ogrodu. Po cuchnącym dworcu i w sumie nie mniej pociągu, zapach róż na chwilę mnie odurzył. Nacisnęłam klamkę w drzwiach. Tu nigdy się nie pukało.
Zamknięte.
No nie, jeszcze tego brakowało.
Już chciałam udać się na drugą stronę domu, gdzie był ogród warzywno-sadowniczy, by zasnąć w cieniu porzeczek i jabłoni, kiedy przypomniała sobie, gdzie jest klucz.
Pchnęłam mocno jedno z okienek korytarza, sięgnęłam ręką. Był.
Weszłam do środka. Ponownie zamknęłam drzwi na klucz i odłożyłam go na poprzednie miejsce. Skorzystałam z toalety. Wymyłam ręce i twarz. O nie, na razie żadnej kąpieli, żadnego prysznica. Wtoczyłam się na poddasze, które zajmowała ciocia. Z kuchni wchodziło się do pokoju. Zrobiłam sobie herbatę, kanapki i zamknęłam się w pokoju. Wypiłam, zjadłam i zasnęłam jak niemowlę.

Kiedy się obudziłam, przez okno zaglądało słońce. Racja, tu jest bardziej zachód niż południe. Zbliżała się osiemnasta. Za drzwiami w kuchni słyszałam kroki i pochrząkiwania. Pewnie ciocia. Kochana, dała mi się wyspać. Wstałam, przeciągnęłam się i otworzyłam drzwi.
Ciocia stała ze szklanką w dłoni.
Upuściła ją.
Herbata rozlała się po podłodze.
Przeraźliwie krzyknęła.
Ciocia, nie herbata.
Obok niej na szczęście stało krzesło.
Usiadła.
Z dołu przybiegła kuzynka.
Za nią kuzyn.
O rety, ale mam wejście – przemknęło mi przez myśl.
– Boże, co się stało!? – ryknęła kuzynka – Ciociu, co ci jest? A ty skąd się tu wzięłaś?
– No ja, z pokoju… – odezwałam się cicho i niepewnie, bo nadal robiłam za ducha lub bliżej nieokreślone widmo.
Kiedy ciocia już doszła do siebie, opowiedziałam historię podróży. Przez kilka dni byłam bohaterką rodziny. W Wałbrzychu też. Wszędzie kazano mi opowiadać, jak mijałam Ursus i ile opóźniony był pociąg do Bogatyni. O kawę nikt nie pytał.
A potem wszystko umilkło. Siedemnastego lipca rozpoczęły się Igrzyska Olimpijskie w Montrealu. Nocami pasjonowaliśmy się meczami piłki nożnej, ręcznej i oczywiście siatkówki. Podziwialiśmy naszą Irenę ustanawiającą rekord świata na 400 metrów. Zdobyliśmy 26 medali olimpijskich, w tym siedem złotych.
A Ryszard? Cóż, wspólne nocne oglądanie sportowej rywalizacji zaprocentowało nowymi znajomościami. Ryszard zniknął z mego życiorysu. A czy w ogóle był?

foto – Ciocie z Kłodzka przed swoim domem, po lewej legendarne okienko…. nie, juz do domu nie wejdziecie…. domu nie ma….

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 7 – 8 – 9 – 10 – 11 – 12 – 13 – 22 –