Autor: Grazyna KS

Żyłam sobie w PRL - u (14) | czer 0

Żyłam sobie w PRL – u (14)

Żyłam sobie w PRL-u (14)

1976 (3)

Kawa z Bogatyni (2)

Dopiero w M-ileś zajmowanym przez rodzinę Ryszarda dowiedziałam się o przemówieniu, podwyżkach i niesprawiedliwych rekompensatach.
– …. i dziś u nas ludzie też przeciwko temu zastrajkowali…. ja też.
– To co robiłeś?
– Najpierw czekałem na telefon od ciebie, a potem leżałem na trawie i opalałem się. Przecież wakacje się zaczęły.
Jasne, wakacje się zaczęły. Zanim z pracy wróciła rodzina Ryszarda, wymieniliśmy kilka uścisków.
Rodzice mego znajomego przynieśli z miasta i z pracy sporo nowości. Oczywiście, że podniósł się bunt przeciwko podwyżkom, ale w samej Warszawie jest cicho. Bunt jest głównie w Radomiu i Ursusie, gdzie produkowano wówczas najlepsze ciągniki, jak twierdziła propaganda, na świecie.
– Rety, mój pociąg jedzie przez Ursus!
– To niedobrze. Na mieście mówią, że tam tory rozkręcono. Zablokowano cały przejazd kolejowy – oznajmił przyszły niedoszły teść.
– A co mówią w pracy? – zapytałam, pamiętając z Wałbrzycha, iż wieści z pracy są bardziej prawdopodobne niż wieści z miasta.
– To samo.
Mina mi zrzedła. To jak ja się dostanę do Kłodzka?
– Najwyżej nie pojedziesz. Zostaniesz u nas.
Spojrzałam na Ryszarda. Jemu też pomysł mamy się spodobał.
Dalszą część dnia spędziliśmy osobno. To znaczy rodzice Ryszarda siedzieli w pokoju przed telewizorem, a ich syn wraz ze mną w swoim pokoju. Słuchaliśmy płyt, winylowych oczywiście, z adapteru, zwanego w niektórych kręgach gramofonem. Bliskość starych za ścianą nie pozwalała nam na równie bliskie kontakty międzypłciowe. Pozostały przyciski, uściski i drobne cmoknięcia. Nie było wówczas standardowego pukania do drzwi pokoju dziecka. Rodzic wchodził jak do siebie. I nic w tym dziwnego, wszak on był właścicielem mieszkania. Oprócz spółdzielni mieszkaniowej rzecz jasna.
Tak więc w pewnym momencie do pokoju Ryszarda wparował ojciec.
– Odwołali podwyżki – oznajmił.
A więc stało się. Będę musiała jechać do Kłodzka. A mogło być tak pięknie…
– Polski robotnik ma jednak swą siłę – dodał odchodząc i pozostawiając otwarte drzwi.
To był bez wątpienia znak dla mnie, że czas opuszczać gościnne progi.
– To ja jadę na ten dworzec…. pociągi pewnie jeżdżą już normalnie…. –
powiedziałam z nadzieją, że jednak ktoś mnie zatrzyma, powie, że niebezpiecznie…
Nic z tego. Rodzice pokiwali głową na znak potwierdzenia. Ryszard oczywiście włożył buty i miał mnie do pociągu wsadzić.
Kiedy wychodziliśmy, przyszła niedoszła teściowa zatrzymała nas na moment:
– Gdybyście zauważyli, że coś jest nie tak, bierzcie tę jej torbę i wracajcie natychmiast. Masz tu pieniądze na taksówkę. A tu masz kanapki na drogę.
Wcisnęła chłopakowi do dłoni banknot o dużym nominale, a mnie dużą papierową torbę. Wiadomo, taksówki w stolicy zawsze były drogie, a droga przede mną daleka.
Bez problemu dotarliśmy na dworzec Warszawa Wschodnia. Odebrałam torbę z przechowalni. Usiedliśmy w obskurnej poczekalni i przyglądaliśmy się nocnemu życiu dworca. Tu spał pijaczek, tam zataczał się drugi. Tam i z powrotem chodzili milicjanci i patrole WSW (Wojskowa Służba Wewnętrzna) kontrolujące żołnierzy przymusowej służby zasadniczej będących na przepustkach. Podróżnych jakby trochę mniej, ale to było zrozumiałe. Ludziska wystraszyli się podwyżki cen, ich konsekwencji i wieści z miasta o tajemniczych wydarzeniach w Ursusie.
– W sumie nawet dobrze. Tłoku w pociągu nie będzie – skomentowałam zmniejszony ruch na dworcu.
Pociągi odjeżdżały punktualnie. Większość rozpoczynała właśnie na tym dworcu swą trasę, były więc wcześniej podstawiane na perony. Dworcowy megafon zapowiadał wszystko dokładnie i donośnie.
– „Pociąg pośpieszny Karkonosze do Jeleniej Góry, Kudowy Zdroju i Stronia Śląskiego podstawiony będzie na tor… przy peronie…. Planowy odjazd pociągu godzina 22.05.” – odezwał się głośnik.
Czas ruszać w daleką podróż. Przede mną prawie 500 kilometrów, prawie 10 godzin w pociągu. Na peronie wycałowaliśmy się namiętnie obiecując, że niebawem się spotkamy. Wszak będę wracała do domu znowu przez Warszawę.
W przedziale, do którego wsiadłam, były cztery osoby – starsza pani, starsze małżeństwo i młody chłopak z błyskiem w oku. Zajęłam miejsce przy korytarzu.
Pociąg dostojnie i powoli ruszył. Zaraz się rozpędzi, przejedzie mostem nad Wisłą, zatrzyma się na Centralnym, potem na Zachodnim i pogna ze średnią prędkością 70 na godzinę w góry Karkonosze.
No więc czekam, kiedy się rozpędzi.
A on nic.
Dalej jedzie dostojnie i powoli.
Zatrzymuje się na torze przy nędznym przystanku kolejowo – autobusowym Warszawa Stadion.
Rusza.
Żółwim tempem wtacza się na most kolejowy.
Dlaczego znowu stajemy?
Warszawa Powiśle?
Kiedy znowu ruszymy?
Do naszego przedziału wkrada się niepokój.
– Coś tu nie gra – zauważa chłopak z błyskiem w oku.
– Ma pan rację…. – potwierdza mąż.
Właśnie stoimy przy peronie przeznaczonym dla pociągów podmiejskich. To nienormalne.
– Pójdę i zobaczę.
Przez okno zobaczyliśmy, że chłopak wyskoczył na peron. Nie tylko on. Kilka innych osób też uznało sytuację za dziwną. Natychmiast rozległ się ostry głos konduktora:
– Wsiadać do pociągu!
– Panie, ale co się dzieje?! – posypały się pytania.
Konduktor westchnął:
– Nie wiem…. ale proszę nie wychodzić! W każdej chwili możemy ruszyć!
I ruszyliśmy. Przetoczyliśmy się kilkadziesiąt metrów i znów stanęliśmy. Najgorzej było w tunelu prowadzącym do Warszawy Centralnej. Zaduch i smród.
Dlaczego smród? Ówczesne pociągowe toalety zbudowane były na prostej zasadzie. Siadał człowiek na desce klozetowej, a pod spodem miał otwór. To, co natura wyrzuciła z organizmu, lądowało na torowisku. W ubikacji znajdował się napis „Nie korzystać z toalety podczas postoju pociągu!”.
Weź tu nie korzystaj, jak ten pociąg prawie cały czas stoi, a człowiekowi się chce!
Do Warszawy Centralnej dojechaliśmy z dużym opóźnieniem. Tu też wsiedli ludzie. Do naszego składu dołączył starszy pan, chłopak bez błysku i dziewczyna w moim wieku. Zrobiła się klasyczna równowaga biologiczna. Tym razem wsiadający mieli wieści. Niekoniecznie prawdziwe, ale bardzo prawdopodobne.
– Ponoć w Ursusie tory rozkręcone – rzekł chłopak bez błysku.
– A ja słyszałem, że w ogóle rozebrane …. – dodał starszy pan bez małżonki.
Ten z małżonką zapytał zdziwiony:
– To po co pan jedzie?
– Do sanatorium, do sanatorium…. ale pan też jedzie ….
– My ze Wschodniego wyjechaliśmy punktualnie…. – dodałam.
Inni dokończyli za mnie. Powiedzieli o postoju na Stadionie, na Powiślu i smrodzie w tunelu. Moja rówieśniczka szepnęła cicho:
– A ja słyszałam, że w Ursusie rozruchy…
Starsi w przedziale zadrżeli.
– Jak w siedemdziesiątym…. na Wybrzeżu…
Po cichu zaczęli przypominać tamte czasy porównując z dniem dzisiejszym. Też była podwyżka, też robotnikom się to nie spodobało…. Wtedy do nich strzelano. Czyżby i teraz?

W przedziale zapanował nastrój grozy. cdn.
foto – internet
całość na https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL-u (3) | ussus 1 0

Żyłam sobie w PRL-u (3)

Żyłam sobie w PRL-u (13)

1976 (2)

Kawa z Bogatyni (1)

W owych czasach ludziom powodziło się całkiem nieźle. Mama przestała robić przetwory na zimę, bo się nie opłacało. Taniej było w sklepie. Wyglądało na to, że Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej – jak mawiał towarzysz Gierek. Co prawda zniknęło gdzieś słynne „Pomożecie?” z odzewem – Pomożemy!”, ale w sumie spokojnie było. Ja w każdym razie w takowym błogim spokoju sobie żyłam w miasteczku Polski B….
Owego historycznego dnia, 24 czerwca spokojna nie byłam. Raczej podniecona. Tak normalnie jak na nastolatkę przystało. Rodzice poszli na imieniny do jakiegoś Jana lub Janiny, brat zamknął się w swoim pokoju, a ja pakowałam się w wielką torbę podróżną. Rano miałam ruszyć na wakacje do rodziny w dalekim Kłodzku i Wałbrzychu.
Tego samego dnia, w sejmie, ówczesny premier Jaroszewicz ogłosił drastyczną podwyżkę cen podstawowych artykułów spożywczych. Ogłosił również system rekompensat za owe podwyżki. Nowe ceny miały wejść w życie od poniedziałku 28 czerwca 1976 roku, po konsultacjach społecznych. Żarcie mięsne miało podrożeć o 69 procent, drób o 30 procent, masło i nabiał o 50 procent, a cukier o 100 procent. Zarabiający najmniej, a więc poniżej 1300 złotych, mieli otrzymać 260 złotych rekompensaty, a ci z najwyższymi pensjami powyżej 8000 złotych – nawet 600 zł więcej.
Po wielu latach ekonomiści i historycy sprzeczali się o to, czy owa podwyżka nie była po prostu …. konieczna. Dziś bowiem wiemy, że to tzw. „rynek” reguluje ceny. Wtedy robił to komitet centralny wiadomej partii. Gdyby w 1970 podwyżka przeszła, mniejsza byłaby w 1976….
Czy to prawda, czy nie – nie wiem.
Co by nie było, o planowanej podwyżce nie wiedziałam. Rodzice z imienin wrócili późna nocą, a ja z rana ruszyłam w podróż.
Najpierw pociągiem do stolicy. Tu czekała na mnie nie lada atrakcja. Miała na imię Ryszard i była wysokim przystojnym blondynem. Poznaliśmy się na placu zabaw, kiedy zimą byłam z wizytą u rodziny i kazano mi zająć się małymi dziećmi. Od tamtej pory pisaliśmy do siebie namiętne listy, zdarzyło się nam również kilka razy porozmawiać telefonicznie. Dwudziestego piątego czerwca 1976 roku mieliśmy spotkać się ponownie. Opracowaliśmy nawet dwa plany.
Pierwszy nie wypalił już po wyjściu z pociągu na dworcu Warszawa Wschodnia. Ryszarda nie było. Widocznie nie dostał wolnego w pracy, wszak był już osobą pełnoletnią i zarabiał sam na siebie.
Plan B przewidywał wykonanie przeze mnie telefonu do jego zakładu pracy.
Wielką torbę oddałam do przechowalni bagażu. Odnalazłam czynny automat telefoniczny. Wyciągnęłam jedną z przygotowanych na tę okoliczność monet i notatnik z numerami. Wybrałam numer.
– Wielkie zakłady w stolicy. Słucham – odezwał się beznamiętny damski głos.
– Wewnętrzny 35 proszę.
– A w jakiej sprawie?
A co panią to obchodzi – chciałam zapytać. Wszak nigdy nikt mnie o coś takiego nie pytał, jeśli dzwoniłam i prosiłam o połączenie z podanym tzw. numerem wewnętrznym.
– Prywatnej.
Zdecydowałam się na odrobinę kultury. Po chwili odezwał się kolejny damski głos, nieco łagodniejszy.
– Słucham.
– Proszę z Ryszardem B.
– A w jakiej sprawie?
Uwzięli się na mnie, czy co?
– Prywatnej.
– A jak pani się nazywa?
Przesłuchanie? KGB? CIA? Mosad? Kapitan Kloss?
– A co to panią obchodzi? – zapytałam zachowując nadal kulturę.
– Przykro mi, ale muszę o to wszystkich pytać… – głos w słuchawce stał się nieco cieplejszy.
Skoro mus, to mus. Przedstawiłam się.
– Kim jest pani dla Ryszarda B?
– No, dziewczyną, znaczy się narzeczoną….
– Proszę poczekać. Zaraz wywołam.
Przez słuchawkę usłyszałam wypowiadane do fabrycznego głośnika nazwisko Ryszarda. Szybko podszedł do telefonu. Był w pobliżu, bo wiedział, że będę dzwonić.
– Cześć Rysiu…. – przywitałam go zalotnie.
– Cześć. Słuchaj, nie mogę długo rozmawiać. Przyjedź pod zakłady. Kończę pracę o czternastej.
– Ale….
– Wszystko ci wyjaśnię. Wiesz, jak tu dojechać?
– Nie.
– To zapamiętaj. Z Alei Jerozolimskich tramwajem nr ….. tu jest pętla. Teraz muszę kończyć.
Co się stało? Skąd ten urzędowy ton? Żadnej czułości? Żadnego „kocham cię, stęskniłem się”? Cóż, nie pozostało mi nic innego, jak udać się na zwiedzanie stolicy, którą i tak dobrze znałam…
Po zjedzeniu lodów i „ambrozji” w słynnym Hotexie na Marszałkowskiej, wjechaniu po raz enty na trzydzieste piętro Pałacu Kultury i Nauki, wsiadłam we właściwy numer tramwaju i pojechałam do pętli.
O oznaczonej godzinie z zakładu wysypali się robotnicy. Ryszard szybko podbiegł do mnie:
– Spier…. stąd! – syknął nad uchem, chwycił mnie za rękę i pociągną w stronę jednego z tramwajów.
– Dlaczego mamy spier…?
– Bo ja się nie chcę do tego mieszać.
W tramwaju szybko zajęliśmy miejsca siedzące. Wagon równie szybko wypełnił się ludźmi. Byli bardzo podnieceni i nie miało to żadnego związku z seksem. Próbowałam zapytać o co chodzi, ale mój chłopak nie był skory do wyjaśnień. Dowiedziałam się tylko, że jedziemy do niego do domu i tam mi wszystko wyjaśni.
Jakiego domu? Miał być romantyczny obiad w Łazienkach, Królewskich do tego? Wokół mnie działo się coś, czego nie kumałam.

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Żyłam sobie w PRL-u (12) | jar 0

Żyłam sobie w PRL-u (12)

1976 (1)

Wyjazd niekontrolowany

Moi rodzice przeprowadzili się do Łomży. Były to rodzinne strony ojca. W związku z tym, że wraz z bratem byliśmy niepełnoletni, też musieliśmy się tam przeprowadzić. Brat szybko zaaklimatyzował się w nowym otoczeniu. Ze mną było gorzej.
Wmawiano mi, że Łomża to taka enklawa spokoju, ciszy i ekologii. Tu trawa zielona, woda czysta, a ludzie prości.
Prawie wszystko się zgadzało. Była to miejscowość pięciokrotnie mniejsza niż Wałbrzych, zatem musiało ty być więcej zieleni. Wszak ulic było mniej.
Była rzeka, ale bardzo niebezpieczna, bo z wirami i nie zalecano kąpieli w niej. W ciągu dalszych lat mego pobytu tutaj i rozwoju przemysłu w miasteczku, rzeka straciła statut czystej i w ogóle zabraniano do niej wchodzić.
Z ludźmi jakoś nie bardzo mogłam się dogadać, bo nie miałam zielonego pojęcia o życiu w Nowym Jorku, a prawie wszyscy mieli tam rodzinę.
Do tego rozpoczęłam naukę w szkole, która była ponoć elitarna, a ze mnie żadna elita. Rodzice reprezentowali klasę robotniczą.
Kiedy w szkole wypowiedziałam słowo „pylica”, nauczycielka zwróciła mi uwagę, że rzeka w Polsce nazywa się Pilica, a nie Pylica. Odpowiadam, że ja o takiej chorobie, pylicy od pyłu, a ona, że takiej choroby nie ma, bo pył nikomu jeszcze nie zaszkodził.
Ręce mi opadli….
Dobra, nie o tym będziemy pisać. Na dzieci wiatru i kurzu, znaczy się tumany, szkoda czasu i klawiatury.
W każdym razie życie obróciło się o 180 stopni. Ojciec już nie wracał ok. 15.30 i mama nie podawała mu zupy. Jedno i drugie pracowało na „zmiany”. My z bratem też mieliśmy inne rozkłady lekcji, co sprawiło, że rodzinne dyskusje nad pomidorową po rosole odeszły w zapomnienie. Zasada była prosta – kto przychodził na chatę pierwszy, obierał kartofle i czekał na kolejnego członka rodziny, by nie zjadać posiłku w samotności. Kto wracał ostatni, ten żarł sam.
Rodzice przynosili wieści „z pracy”, bo miasteczko było tak małe, że to samo co w pracy powtarzano „na mieście”.
Mama informowała o najnowszych trendach w modzie oraz nowych przepisach na babkę piaskową. Ojciec natomiast tłumaczył, jaka jest różnica między orką a podorywką. Dla nas, wychowanych w mieście średniej wielkości, tematyka rolnicza brzmiała jak scence fiction.
Tymczasem tato mierzył się z nią każdego roboczego dnia. W Łomży bowiem postanowiono rozwinąć przemysł i wybudowano fabryki. Jedna przerabiała bawełnę, druga kartofle. Do obu dojeżdżali ludzie z okolicznych wsi, bo najbliższe drugie miasto znajdowało w odległości 25 kilometrów i też zabrało się za bawełnę.
Chłopo-robotnicy (tak nazwano owych pracowników) obrabiali swoje kilkuhektarowe gospodarstwa rodzinne, a w czasie wolnym wskakiwali na osiem godzin do fabryki. Tato początkowo nie rozumiał, dlaczego chowają się wśród worków z brazylijską bawełną. Myślał, że może chorzy…
Szybko jednak zakumał, że taki chłopo-robotnik przed nocną zmianą najpierw musiał wydoić krowy i nakarmić świnię. O podorywce na polu w ciągu dnia nie wspominając. Skąd miał więc brać siłę na pracę w fabryce? Trochę więc popracował, pogadał z kolegami, pospał, a rano wracał ponownie doić krowy, oporządzać świnie i siać oziminę.

Moi nowi koledzy też spędzali czas inaczej niż ja. Dotyczyło to głównie wakacji. Jeździli do babci na wieś. Pomagali w żniwach, w dojeniu krów, a nawet uczestniczyli w zabijaniu świni z przeznaczeniem na schabowe.
Ja babci na wsi nie miałam. Co tam, na wsi… w ogóle nie miałam. Wakacje spędzałam najpierw na koloniach, potem na obozach. I oczywiście w Wałbrzychu!
Na moje szczęście pozostał tam wuj, który będąc moim chrzestnym, nie mógł mi zabronić pobytu u siebie. Do tego w pobliskim Kłodzku mieszkały ciocie ze strony mamy. Też chętnie mnie przyjmowały.

Dziwne to były czasy…. Jak za komuny …. spokojne i bezproblematyczne. Taka małolata bez problemu wsiadała w pociąg i mogła spokojnie pokonywać 600 kilometrów w warunkach różnych. Czasami w przedziale, czasami na korytarzu, czasami blisko śmierdzącego kibla. Nikt się nikogo nie czepiał, każdy jechał. W takich podróżach, zapoczątkowanych wyjazdem nad prawie morze, nabywałam coraz więcej doświadczenia.

I właśnie w czerwcu 1976 roku wyruszyłam w podróż na rodzinną ziemię. Tym razem miałam najpierw odwiedzić ciocie w Kłodzku…. cdn.
foto – Piotr Jaroszewicz prezes Rady Ministrów 1970-1980
całość na https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Nadchodzi czas zabijania | nie 0

Nadchodzi czas zabijania

Nadchodzi czas zabijania

Seria książek z „konikiem morskim” wydawana przez Wydawnictwo Morskie Gdańsk zapowiadała zawsze solidną, porządną lekturę. Format, dziś zwany kieszonkowym, mieścił się w torebce i nieco większej kieszeni. Można było książkę zabrać w podróż, a kiedyś jak wiadomo dłużej się podróżowało.
Taką właśnie solidną pozycją jest mini powieść Sławomira Siereckiego „Nie zabijajcie białego nosorożca”. Narratorem jest pisarz, który udaje się do Bejrutu w celu zebrania materiałów do nowej książki. Mamy lata siedemdziesiąte. Stolica Libanu nadal kusi turystów i uznawana jest za perłę świata arabskiego, ale tocząca się wojna domowa powoli niszczy miasto. Narrator wraz z grupą znajomych wędruje jednak nadal po miejscach, które są atrakcyjne i przyciągają obcokrajowców. Jest czas Bożego Narodzenia. Ludzie szukają rozrywek. Trafiają do lokali, bawią się, a nawet kąpią w morzu. Są piękne dziewczyny i dużo alkoholu. Obok stoją co prawda uzbrojeni żołnierze, ale wszystko jakoś się toczy. Chociaż to już nie ten Bejrut…
Nasz bohater oczywiście poznaje piękną dziewczynę. Udaje się z nią w poszukiwaniu legendy o białym nosorożcu, którego szukać miał rycerz Roger od Dwóch Koni. Jadąc Alfa Romeo mijają posterunki graniczne, stare budynki. Opowiadają sobie legendy, tę o Adonisie zabitym przez dzika też. A potem wracają do miasta, w którym wybuchają bomby.
Opowieść pozornie spokojna. Nawet pierwsza część o owym rozrywkowym charakterze szybkością narracji nie imponuje. Spokój jest jednak pozorny. Tu ciągle coś się dzieje. Narrator słyszy dobre rady – wyjeżdżaj stąd, to nie czas i nie miejsce na legendy i na książki o nich, tu nawet miłość nią nie jest – zdaje się wszystko mówić wokół niego.
Opowieść chwilami może rzeczywiście nużyć czytelnika. Jest jednak na tyle ciekawie skonstruowana, iż brnie się w nią dalej oczekując właśnie przyspieszenia wydarzeń i ich konsekwencji. Oczywiście następują. Ktoś może być nimi zaskoczony, ktoś nie. W każdym razie są. Do tego są dopełnieniem poprzedniej treści i ich konsekwencją Nie wysuwają się na plan pierwszy. Kończą opowieść z odpowiedzią na pytanie, kto tak właściwie jest owym białym nosorożcem.
Jednym słowem warto w spokoju i ciszy pochylić się nad jedną z pozycji serii „z konikiem morskim”. Jeśli są wśród was ludzie, którzy twierdzą, że za PRLu ciekawej literatury w kraju nie wydawano, a najlepsze polskie książki pochodziły z tzw. drugiego obiegu, to się akurat myli. Niedawno moja znajoma powiedziała, iż kiedyś, aby wydać drukiem książkę, musiała mieć ona trzy niezależne od siebie opinie krytyków. Dziś wystarczy mieć pieniądze…
Polecam stare serie, te „z konikiem morskim”, te z „jamnikiem”, te z „kluczykiem…

❤️
2
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Bez psychologa | dziew 0

Bez psychologa

Bez psychologa

Mój dobór, wybór, lektur jest przypadkowy. Korzystam z miejsc, w których ludzie zostawiają przeczytane książki, by mógł przeczytać je ktoś inny. Jeśli coś na pierwszy rzut oka wydaje mi się interesujące, zabieram do domu i ustawiam w kolejce. Gdy książka trafia do moich rąk, czytam trzydzieści stron i podejmuję decyzję, czy czytać dalej, czy odnieść w wiadome miejsce. Czasami trafiają się perełki, o których istnieniu nawet nie słyszałam, znaczy się nie wyczytałam. W nawale produkowania literatury zwanej współczesną, takie rzeczy mogą się zdarzyć. Taką właśnie perełką jest według mnie powieść „Tropy. Dziewczyna z gór” Małgorzaty Wardy.
Na okładce, tuż obok tytułu informacja o ilości zaginionych w Polsce osób. Czyż byśmy mieli do czynienia z literaturą non – fiction? Czy będzie to zbeletryzowany reportaż o Natalii?
Z takim właśnie pytaniem zaczęłam czytać i mówić sloganami – wciągnęło mnie. Powieść może być jak życie, mawiały ongiś czytelniczki, a życie może być jak powieść…. Z czym mamy do czynienia w przypadku „Dziewczyny z…”?
Historia jest praktycznie nieprawdopodobna. Zbyt dużo w niej zawiłości, nieprawdopodobieństwa i epickości. Czyli zdarzyć się nie mogła. Tak do końca, bo niektóre elementy są wielce prawdopodobne. Jednak czytając, miałam wrażenie, iż opowieść ma mocne podstawy do tego, by twierdzić, że działo się tak na serio, tak naprawdę. Opis losów porwanej dziewczyny wcale nie jest taki niezwykły. Tak się mogło przecież zdarzyć!
Takie wątpliwości u czytelnika może wzbudzić tylko dobrze napisana opowieść. Bo każda dziedzina sztuki, czy to obraz, czy przedstawienie teatralne, czy film powinny poruszyć nasze serce, sumienie, umysł. Nawet jeśli są to emocje negatywne. Jeśli są, oznacza to, iż coś jest ciekawe, dobre, kontrowersyjne…
Tak było w przypadku czytania przeze mnie utworu Wardy. Do końca nie byłam pewna czy mam do czynienia z fikcją literacką, czy też faktami. Na pewno sprawiła to dwójka głównych bohaterów. Ich postępowanie, pozornie nierealne, wyjaśnia stan ich przeżyć. To wszystko nie jest takie proste, jakby mogło się wydawać. W sercach i umyśle sprawy są bardziej skomplikowane niż w protokole policyjnym o zaginięciu, niż w reakcjach i umysłach ludzi poszukujących zaginionych. Potrzebny tak bardzo modny w obecnych czasach psycholog? Szukającym tak, ale zagubionym? Ci drudzy mają wątpliwości, nie rozwiązują ich jednoznacznie, ponieważ rzeczywistość wokół nich jest bardziej skomplikowana niż ta, która otacza poszukujących. Szukający mają jedno zadanie – odnaleźć. Zagubieni muszą dokonać wyboru.
Tak moglibyśmy długo pisać o psychologicznej warstwie omawianej powieści. Dzięki niej nie jest ona zwykłym kryminalikiem w stylu „Porwali. Ucieknie czy nie?”.

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
2

….

(…bez tytułu…)

Chcę się najeść
i napić.
Chcę posiedzieć
w pokoju
ze światłem elektrycznym.

Bo wkrótce
może zabraknąć
jedzenia,
picia
i żarówki energooszczędnej.

Niebo pokryje kurz
z sypiącego się tynku
wielkiej płyty,
która kiedyś była cywilizacją.
Zostaniemy zakopani
w ciemnej piwnicy.
Zasypie nas wybuch
i nie będzie to
supernova.

Będziemy głodni.

Będziemy spragnieni.

Będziemy ślepi i nadzy.

Więc….

Chcę się najeść.
Chcę się napić.
Chce posiedzieć w pokoju
przy żarówce elektrycznej.

❤️
4
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
0

Ziemia

Ziemia

Wystawili go
w wózku
na klepisko ziemne przed blokiem.

Kiedyś był tu trawnik
koszony w czasie upału
przez nadgorliwych kosiarzy.

Teraz koszą ziemię,
bo ktoś im każe,
bo muszą pracować,
bo muszą jeść
i opłacać rachunki.

Wystawili go
w wózku
na klepisko ziemne przed blokiem.

Wielki pampers go uwiera.
Ach, wrócić do klatki
zwanej mieszkaniem.

Trzeba go wnieść.
Windy nie ma.
Jest inwalidą.
Zbyt dużo kosztuje społeczeństwo.
Mają pretensje.
Dlaczego już.
Dlaczego jeszcze nie chwilę.
Kiedy zrobią zakupy.
Nakarmią dzieci.
Obejrzą kilka seriali.

Nie wystawiajcie go
w wózku przed blok.
Dajcie mu bezdomnego psa ze schroniska.
Niech liże jego martwe stopy
i kocha dłoń,
która go głaszcze…

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Jak ukraść naprawdę | zl 0

Jak ukraść naprawdę

Jak ukraść naprawdę

Jak włamać się do muzeum i dokonać zuchwałej kradzieży dzieła sztuki? Wystarczy obejrzeć kilka filmów z naszym „Vinci” na czele. Film Juliusza Machulskiego pokazuje cała skomplikowaną procedurę działania. Bo to „Cumę” trzeba wyciągnąć z „więźnia”, przekonać do akcji „Szerszenia”, wynająć Werbusa i Hagena, założyć podsłuch, opracować skomplikowany plan…. W ogóle roboty jest od diabła i ciut ciut. Podobnie w filmie „Osaczeni” z Catherine Zeta-Jones i Seanem Connery. Też robią skok stulecia na dzieła sztuki. Słowem, żeby zwinąć owe dzieło trzeba ludzi, sprzętu i dobrego pomysłu.
A nie można tak inaczej? Czy do otwarcia gabloty nie wystarczy szwajcarski scyzoryk? Parę ruchów w lewo i gablota staje otworem. Wystarczy wsunąć dłoń. A potem albo schować dzieło sztuki do plecaka, albo wsunąć na pasek od spodni. I wyjść, po prostu normalnie wyjść z muzeum? Do tego wystarczy tylko jeden wspólnik, który chrząka, gdy zbliża się strażnik. A ten jak wiadomo porusza się, bo robi obchód i nie zawsze jest wszędzie. Plan? Jaki plan? Przecież to takie proste. Wchodzę, zabieram i wychodzę. No dobrze, jakiś kamuflaż ubraniowy i tyle. A po co w ogóle kraść wielkie, duże obrazy, które nie mieszczą się w torbie na zakupy? Nawet złodzieje, chcący dorobić się majątku na kradzieży dzieł sztuki wiedzą, iż im cenniejsza zdobycz, tym mniejsza za nią cena na czarnym rynku. Wyjątkowe dzieła sztuki znajdują się również w małych muzeach i też są niewielkie. A jeśli złodziej ma „Syndrom Stendhala – zjawisko psychosomatyczne, które objawia się intensywnymi reakcjami emocjonalnymi i fizycznymi na widok dzieł sztuki i zabytków, szczególnie w miejscach o dużym nagromadzeniu takich obiektów” – za wikipedią, to wiele wyjaśnia. Wchodzi taki złodziej do budynku, powiedzmy do małego muzeum w Baden-Baden i dostaje wstrząsu na widok obrazu Lucasa Cranacha Starszego „Sybilla, księżna Cleves” o wartości szacowana jest na 5-5,6 mln funtów, no to trzeba go po prostu zwinąć i powiesić u siebie w domu.
Myślicie, że to niemożliwe? Jakże się mylicie. A chcecie dowiedzieć się więcej? To sięgnijcie po książkę Michaela Finkela „Złodziej sztuki. Prawdziwa historia o pożądaniu piękna i niebezpiecznej obsesji”. To literatura non-fiction, tak uwielbiana przez czytelników, bo opisująca historię, która się wydarzyła, ba, która może się powtórzyć, bo główny bohater Stéphane Breitwieser ciągle żyje, a jeśli cierpi na „syndrom Stendhala” to nigdy nie wiadomo, czy nie kradnie na przykład w tej chwili…
Książka Finkela ukazała się w 2023 roku, w Polsce rok później. Napisana sprawnym dziennikarskim językiem relacjonuje fakty, które trzymają w napięciu. Zupełnie tak, jak wtedy, kiedy oglądaliśmy po raz pierwszy film „Vinci” czekamy – złapią go (ich), czy nie złapią….

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
– 1 – 8 – 9 – 10 – 11 – 12 – 13 – 14 – 22 –