Otagowano: kraj

3

Żyłam sobie w PRL-u (3)

1968 (3)

MIGDAŁKI OCALONE

Po wydarzeniach marcowych w moim domu zapanował błogi spokój. Ojciec przynosił z pracy i miasta różne wiadomości. Mama też zbierała je w kolejkach. Na podwórku również rozmawiano o czasie teraźniejszym. Robiło się coraz cieplej, co oznaczało, że niepracujące mamy wychodziły na sklecone z byle jakich desek ławeczki i rozmawiały. Jako że nadal nie posiadaliśmy porządnego radia, wiadomości z zagłuszanych rozgłośni przekazywały mamie sąsiadki.
I tak właściwie życie toczyło się normalnie. Przynajmniej my dzieci nie odczuwałyśmy, że świat ponownie staje do góry nogami i to blisko nas – w Czechosłowacji.
Pierwszą osobą z dziecięcej paczki, która przekonała się o tym na własnej skórze, byłam ja. Ja i moje migdałki.
To, że dzieci często się przeziębiają, jest zjawiskiem normalnym nawet w dzisiejszych czasach. Kiedyś też tak było. Jedynym dzieckiem, które nie chorowało był słynny Damien z filmu „Omen”. Tyle tylko, że film nakręcony w 1976 roku, a Damien był dzieckiem szatana. Zatem za mego dzieciństwa kichało, kaszlało i miało katar każde dziecko.
Z nieznanych mi przyczyn o przyczyną wszystkich przeziębień posądzano wówczas migdałki. Zamiast lodów i zimnej wody z kranu. Bo tak naprawdę to one były przyczyną częstego bólu gardła.
W każdym razie migdałki wycinano nałogowo i każdemu dziecku groziła taka interwencja chirurgiczna. Ponoć bolesna nie była. A zdecydowanie łagodziły ją opowieści o lodach przynoszonych w dużych termosach do szpitala przez rodziców. Pacjent po wycięciu migdałów wsuwał te lody również nałogowo i zapominał o bólu.
Tak przynajmniej twierdziło kilka osób z mojej klasy, którym owe narządy wewnętrzne wycięto.
Ja migdałowego pecha miałam od narodzin. Urodziłam się z dużymi i zawsze były one przedmiotem troski pediatrów. Przy każdej wizycie u lekarza słyszałam, że należy je bezwzględnie wyciąć, bo są siedliskiem wszelkich bakterii, wirusów i zarazków. Mama zawsze mówiła, że nic z tego, dziecka na poniewierkę do szpitala nie odda i kazała mi płukać gardło wodą z solą lub co gorsza – z wodą utlenioną. Brr…
W końcu jednak odpuściła. Moda na zabieg zwany fachowo tonsillektomią spowodował, że z ciężkim bólem rodzicielka postanowiła jeszcze raz mnie przebadać i umieścić w szpitalu.
Rano nie dostałam śniadania i poszłyśmy do laryngologa. Trzęsłam się już od samego wyjścia z domu. Wiedziałam, co mnie czeka. Nie cierpiałam tego badania.
Lekarz najpierw oglądał gardło, potem mył starannie ręce i wkładał mi palec do środka. (Teraz już wiecie, dlaczego mama nie dała mi śniadania…). Oczywiście nastąpiło potwierdzenie diagnozy: nie dość, że dwa na wierchu są przerośnięte, to jeszcze trzeci w środku też jest stanowczo za dużo. Wywalić trzeba wszystko.
Dostałam skierowanie do szpitala, z jednym tylko zastrzeżeniem – nie wiadomo, czy zostanę od razu przyjęta. Trzeba trochę poczekać. Mama przytaknęła głową na znak, że kuma w czym rzecz i postanowiła odczekać jakiś czas z zaprowadzeniem mnie na operację.
W końcu wylądowałyśmy na izbie przyjęć. I co? I nic? Zostałyśmy odesłane z powrotem do domu. Dlaczego?
Wałbrzych, w którym mieszkałam od urodzenia, znajdował się w strefie przygranicznej z bratnim narodem czechosłowackim. A to właśnie na teren owego państwa wkroczyły w sierpniu bratnie armie bratniego Układu Warszawskiego, by bronić jedynie słusznej linii ideologiczno – światopoglądowej, którą reprezentowały. Operacja militarna „Dunaj 1968” zahaczyła o moje miasta. Wzmożono ochronę granicy, wystawiano więcej patroli i zamknięto szpitale. No nie całkowicie zamknięto. Było tak jak obecnie w czasie strajku. Przyjmuje się tylko osoby z zagrożonym życiem. Personel medyczny obecny jest w szpitalu. Wtedy czekał na ewentualnych rannych. Teraz czeka na spełnienie postulatów. Migdałki nie mieszczą się ani w kategorii rany na polu walki ani w kategorii zagrożenia życia.
W wyniku powyższych działań migdałki, których żywot miał skończyć się w sierpniu 1968 roku, pozostały mi do dziś. Tym bardziej to cenne, iż w późniejszych latach uznano zabieg tonsillektomii za zbyteczny w większości przypadków, przynoszący więcej szkody niż pożytku. Można powiedzieć, że wojska Układu Warszawskiego uratowały je. Szkoda było tylko lodów, które dostawali moi znajomi…
cdn.
więcej na mojej stronie https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
0
👍
2
0
💡
0
0
📖
0
0

Żyłam sobie w PRL-u

1968 (2)
TWIERDZA WROCŁAW (2)
Tato jak zwykle przyszedł z pracy ok. 15.30. Na szeroki parapet położył swą roboczą torbę , zwaną „aktówką”. Wymył ręce pod kranem z tylko zimną wodą i usiadł przy stole w dużej kuchni (nie, nie był to żaden salon z aneksem kuchennym, to była normalna kuchnia) na krześle ustawionym tyłem do okna. Popatrzył na rodzinę, policzył, czy wszyscy są, obrócił się do okna. Z parapetu zdjął aktówkę i wyciągnął gazetę.
Mama postawiła przed nim talerz z pomidorową, bo wczoraj był rosół.
– Dlaczego z makaronem, a nie z ryżem? – zapytał zanurzając łyżkę w zupie.
– Bo został od wczoraj z rosołu.
Ojciec zjadł dwie łyżki, czyli zawartość dwóch łyżek i ciężko westchnął:
– Jutro jedziemy do Wrocławia, protestować przeciwko protestom studentów.
Zaległa cisza. Słychać było tylko przełykanie zupy przez rodzinę 2 + 2. Pierwsza odezwała się mama.
– Przygotuję więcej kanapek.
– I dwa termosy z herbatą.
– Może jakieś bandaże ci dać?
– Po co?
– Gdybyś został ranny….
O, przed oczami stanął mi obraz rannego żołnierza z któregoś wojennego filmu. Krew tryskała, nad żołnierzem stałą młoda sanitariuszka i pocieszała go, twierdząc, że będzie żył długo i szczęśliwie, po czym wojak umarł. Czyżby tato szedł na wojnę?
– To gdzie ta wojna jest? – zapytałam cicho znad talerza.
– Jaka wojna?
– Ta, na której tata będzie ranny.
Mama spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem. Ojciec uśmiechnął się:
– Nie martw się, tata nie idzie na wojnę i ranny też nie będzie. Wróci cały i zdrowy.
Nie pamiętam, czy zapewnienia ojca mnie przekonały, czy też nie. Mama nie została przekonana i cały wieczór wzdychała. Tato przyniósł z piwnicy wiadro węgla, po czym powiedział, że idzie się przejść, żeby uspokoić nerwy.
I teraz wkraczamy w sferę domysłów i teorii spiskowych, bo następujące wkrótce fakty miały związek z owym wyjściem.
Prawdopodobnie było to tak:
Ojciec zaszedł do jednego z trzech sklepów monopolowych w dzielnicy. Prawdopodobnie był to ten najbliżej domu, bo szybko wrócił. Jako że w tego typu sklepie można było kupić jedyny towar, nabył dwie butelki o pojemności 0,5 litra napoju zwanego „wódką czystą”. Po powrocie do domu schował butelki w przedpokoju w skrzynce ukrywającej liczniki na gaz i prąd albo na samej górze szafki z butami. Liczniki otwierano tylko wówczas, kiedy chodził inkasent, a we wskazanym miejscu w szafce znajdowało się obuwie letnie, którego na przedwiośniu rzecz jasna, nie używano.
Rano tato zapakował w torbę podwójną porcję kanapek, dwa termosy, a wychodząc zabrał skitrane półlitrówki.
Po drodze do pracy tradycyjnie spotkał się z kolegami mieszkającymi na trasie. Wszyscy mieli wypełnione po brzegi swoje „aktówki”. Wszystkim dopisywał humor, co w przypadku marca 68 i planowanego wyjazdu na protest przeciwko protestowi było podejrzane. Na szczęście nie spotkali żadnego patrolu milicji, chociaż przechodzili obok komisariatu.
Bez problemu dotarli na plac przed zakładem, gdzie oczekiwały na nich autobusy Jelcze, marki „ogórek”. Przy każdym zbierała się grupa pracowników. Widać było, że dobierają się według znanego im klucza. Kumple z kumplami.
Pomiędzy autokarami krążył aktyw, którym przydzielał transparenty i tzw. szturmówki, czyli czerwone flagi symbolizujące klasę robotniczą.
– My chcemy tą o literatach! – krzyknął przywódca grupy mego ojca, zawodowo kierownik biura.
– Weźcie tę o syjonistach na Syjon.
– Nie weźmiemy. Ręka by mi uschła, gdybym machał takim napisem – dorzucił młodszy rachmistrz. – Dawaj o literatach!
– A po tej z literatami to wam ręka nie uschnie? – zaśmiał się aktywista.
– Nie, bo i tak nie czytam! Ha ha! – odezwał się biurowy goniec.
Kiedy już wszystkie rekwizyty rozdano, pracowniki wiodącego zakładu pracy wsiedli do „ogórków” i ruszyli w kierunku Wrocławia.
Szosa składała się wówczas z dwóch pasm ruchu, jeden pas w jedną stronę, drugi w drugą. Kolumna, uzupełniana przez autokary z innych zakładów, posuwała się majestatycznie w stronę wielkiego miasta.
W autokarze z moim tatą panował nastrój radości. Ktoś nawet próbował zainicjować narodową pieśń „Szła dzieweczka do laseczka”, ale szybko został skarcony słowami
– Jeszcze nie teraz idioto!
Cokolwiek to nie znaczyło, idiota zamilkł.
Po pewnym czasie przywódca czyli kierownik podszedł do kierowcy:
– Panie, w las trzeba skręcić.
– Po co?
– Siusiu ludziom się chce. Skręcaj pan w boczną drogę i stań tak, aby pana z szosy nie widzieli.
W dzisiejszych czasach kierowca pewnie by od razu pomyślał o porwaniu czy innym akcie terroryzmu. Wtedy, kiedy stacji benzynowych zwanych CPN ( skrót od Centrala Przemysłu Naftowego) było jak na lekarstwo, na siusiu zatrzymywano się w lesie. Rosły więc sobie takie ekologiczne lasy na naturalnym ekologicznym nawozie i wszystko grało.
Autokar wjechał w gęsty las mieszany, zatrzymał się. Nikt jednak nie wychodził.
– Panie… – zwrócił się szef do faceta za fajerą – Nic pan nie widzisz, nic pan nie słyszysz. Nie jedziemy do Wrocławia. Zostajemy tutaj. Balangę robimy, rozumiesz pan? Męska impreza! Żadnych żon. Żadnych dzieci! Tak okazja prędko nie nie trafi! I ciesz się pan, że nie musisz jechać na ten protest przeciwko protestowi.
– Ale licznik…. kiedy ja nabiję 150 kilometrów? – zaniepokoił się kierowca.
– Władek! Wyciągaj sprzęt! Panie, co pan myślisz, że nie pomyśleliśmy o tym? – zaśmiał się kierownik zwany szefem.
Młody chłopak wyciągnął torbę z narzędziami. Zajrzał tu i ówdzie, pokręcił tym i tamtym, po czym zakomunikował radośnie:
– Załatwione! Pchnąłem licznik do przodu o 150 kilometrów. Właśnie wracamy z Wrocławia.
Kierowca miał jednak obawy:
– Ale skąd będziemy wiedzieć, kiedy wracać?
Przywódca miał przygotowaną odpowiedź:
– Proste, jak zobaczymy wracającą kolumnę. Takiej ilości „ogórków” na szosie nie sposób przegapić. Kiedy będą jechać, to my z lasku wyskoczymy i dołączymy! Wszystko mamy zaplanowane. No to co, panowie? Zaczynamy?
– Zaczynamy! – rozległo się chóralnie.
I się zaczęła narodowa męska biesiada. Każdy był wyposażony nie gorzej niż mój ojciec. Pojawiły się kanapki, ogórki własnej roboty, ba, ktoś miał nawet ciastka typu herbatniki. Byli tacy, co postarali się o kieliszki. Rozlewano, polewano, przekąszano.
Śpiewano. Oczywiście na początek o dzieweczce. Ale potem włączyła się nuta partyzancka, wszak większość z obecnych o partyzantkę drugowojenną się otarła. Ktoś zainicjował „O mój rozmarynie rozwijaj się”, inny dodał „Przybyli ułani pod okienko”. Starszy rachmistrz spod Warszawy ryknął „Warszawskie dzieci pójdziemy w bój”. Mój ojciec próbował popisać się swoją pieśnią, której znał tylko refren „Dziś tylko trupy znaczą nasze drogi, my ludzie leśni, mała garstka nas”.
Im puściej było w butelkach, tym repertuar stawał się coraz bardziej wyszukany. „My ze spalonych wsi, my z głodujących miast” czyli „Marsz Gwardii Ludowej” uznano za pieśń nieustannie aktualną. O dziwo, odśpiewano nawet „Międzynarodówkę”, przy słowach której niektórzy nawet chcieli wstać z autobusowych siedzeń.
„Wyklęty powstań ludu ziemi!
Powstańcie których dręczy głód”…
w tym momencie jeszcze trzeźwi przyznali, że z tym głodem to przesada. Żony odpowiednio zadbały o zawartość „aktówek” przed wyjazdem na polityczny protest.
Powoli nastrój się uspakajał. Niektórzy zaczęli przysypiać. Ktoś nie wytrzymał dawki i wyskoczył w krzaki, by zwrócić matce naturze jej plony. Inny poszedł siusiu, by nie było, że autokar zatrzymał się w lesie z innego powodu.
Bardziej trzeźwi rozpoczęli dyskusję na temat szans ukochanej drużyny piłkarskiej w rundzie wiosennej rozgrywek.
– A co z transparentem?
– Zdzichu ma już dwa. Jeden z napisem „Orły do boju”, a drugi „ Nie damy się”.
– Nie, nie o piłkarskie chodzi. O ten transparent z napisem „Literaci do pióra”.
– Leży na samym końcu.
– No właśnie, niedobrze, że leży….
Bardziej trzeźwi uznali, że transparent nie może wrócić do zakłady pracy nietknięty. Przecież miał być rozłożony na manifestacji, czyli muszą się na nim znaleźć ślady użytkowania.
– Hej chłopy, do roboty! – wrzasnął szef – szmatę trzeba rozłożyć.
Kilku niemanifestujących wyniosło białe płótno z czarnym napisem. Próbowali je trzymać rozłożone trzymając w rękach. Niestety, nie udało się. Ręce odmawiały posłuszeństwa.
Położyli transparent na zmarzniętej i porytej jeszcze śniegiem ziemi. Ktoś przeszedł po nim, ktoś rozgniótł gotowane na twardo jajko. Paru rzuciło na literatów brudny śnieg.
W wyniku aktywnych działań chwiejącego się na nogach aktywu transparent wyglądał rzeczywiście jak po starciu z wrogiem klasowym.
Wszyscy byli zadowoleni z dobrze wykonanego zadania.
Tymczasem czas, jak to czas, leciał do przodu. Oraz częściej imprezowicze spoglądali w stronę szosy. Nasłuchiwali.
Wreszcie rozległ się szum silników Jelczy marki „ogórek”. Oznaczało to nieuchronny powrót do domu.
Zgodnie z założeniami leśny autokar wcisnął się w kolumnę wracających protestantów i spokojnie, wraz z innymi, dojechał na plac przed zakład pracy. Z pojazdów wyszli wykończeni robotnicy. Większość miała minę typową dla człowieka zdjętego z przysłowiowego krzyża. Jedynie mój ojciec wraz z kolegami tryskał wyjątkowym humorem. W związku z tym, że wszyscy mieli wszystkiego dosyć, nikt na wesoły autobus uwagi nie zwracał.
Nastrój dobrej imprezy zniknął u mego ojca z chwilą wejścia do domu. Zaniepokojona żona czekała na męża, by dowiedzieć się, czy i jak potępił studentów. Kiedy jednak mąż wszedł do mieszkania i głęboko odetchnął, mama puściła wiązankę słów, których przytaczać nie wypada.
Skończyło się na cichych dniach. Mama przeniosła się ze spaniem do mnie, na mój tapczan. Ojciec po powrocie z pracy, sam odgrzewał sobie zupę i odsmażał kartofle.
Nareszcie można było oglądać w spokoju i ciszy telewizję, bo nikt nie komentował. My dzieci właściwie robiłyśmy, co chciałyśmy, bo nie zwracano na nas uwagi.
W sumie taki tydzień ciszy wszystkim się przydał. Potem wszystko wróciło do normy, czyli przestałam spać z mamą.
W późniejszych latach dowiedziałam się, że w innych domach po miejskiej wyprawie na Wrocław też było cicho.
Cóż, w autobusie było pięćdziesięciu mężczyzn. A może były jeszcze inne takie same autobusy?

Najciekawiej było jednak za lat ok. dwunastu czyli w historycznych latach osiemdziesiątych. Na fali ówczesnych protestów mój ojciec też chciał się pochwalić działalnością kombatancką. Podczas jednej z mocno zakrapianych rodzinnych imprez opowiedział historię wyprawy na Wrocław. Mówił radośnie i z uśmiechem.
Wywołał rodzinny skandal.
– Jak można było chlać, kiedy tam studentów bili! – oburzył się wujek.
– Trzeba było jechać i protestować razem ze studentami! – wściekła się ciocia.
Pamiętając o takiej reakcji otoczenia, w innym kręgu opowiedział historię inaczej. Faktów nie zmienił. Wyjaśnił jednak, że robotnicy obawiając się o los swój i rodzin, nie mogli oficjalnie protestować przeciwko ich udziale w proteście przeciwko protestowi. Życie więc zmusiło ich do ucieczki z szosy w drodze do Wrocławia. Rozpacz ich była tak ogromna, że się z tej rozpaczy napili….
Tato i jego koledzy stali się prawie bohaterami.

❤️
2
👍
2
0
💡
0
1
📖
1
0

Żyłam sobie w PRL-u

PROLOG
zawiera odpowiedzi na najbardziej irytujące pytania zadawane przez czytelników.

Czy przedstawione miasta są prawdziwe?
– „Jestem z miasta.
To widać, słychać i czuć” – Jakub Sienkiewicz

Czy narrator w pierwszej osobie jest prawdziwy?
– „Czy to bajka, czy nie bajka,
Myślcie sobie, jak tam chcecie.
A ja przecież wam powiadam:
Krasnoludki są na świecie.” – Maria Konopnicka

Czy prezentowane wydarzenia są prawdziwe?
– „Są na tym świcie rzeczy, które się nawet fizjologom nie śniły” – Ferdynand Kiepski

1968 (I)

WSTĘP,
którego mogło nie być, ale od czegoś zacząć trzeba.

1968 to był pierwszy rok, w którym zakumałam, że jest coś takiego jak polityka. Byłam wtedy dojrzałym dzieckiem, co prawda jeszcze przed komunią i zegarka nie miałam, ale coś mi się pod czaszką już jarzyło. Osiągnęłam jako taką świadomość społeczną, chociaż jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że żyję w dziwnych czasach. W tym też roku powstała w naszej rodzinie legenda, którą powtarzano z pokolenia na pokolenie…
No dobra, ja póki co powtarzam, bo nowe pokolenie boi się powtarzać. Wiadomo, kiedyś była cenzura, teraz też jest, tylko w zależności od rządzącej partii inaczej się nazywa. Najczęściej bywa nazywana łamaniem standardów przyzwoitości lub obrażaniem uczuć religijnych.

TWIERDZA WROCŁAW (1)

Styczeń i luty 1968 roku był tradycyjny, jak to ongiś, tuż po potopie bywało. Napadało śniegu, chodziliśmy na sanki na nasze podwórze, które zmieniało się w niesamowity tor saneczkowy. Zjeżdżaliśmy z niewielkiego wzgórza. Czasami pojedynczo, czasami tworzyliśmy pociąg łącząc ze sobą kilka sztuk drewnianych sanek.
Potem przyszedł marzec. Też taki całkiem normalny, jak za socjalizmu bywało. Dzień był dłuższy i cieplejszy, a mama pozwalała czasami zdjąć zimową czapę robioną na drutach i włożyć na głowę bawełnianą chustkę.
Z saneczkowego wzgórza powoli, nieśmiało ruszały drobne strumyki topiącego się śniegu. W piwnicy było coraz mniej kartofli i pustych słoików po owocowo – warzywnych przetworach.
Tego jednak roku w marcu rodzice często powtarzali jedno słowo – dziady.
Zupełnie mnie się to słowo nie podobało. Nie miałam bladego pojęcia, co tak właściwie oznacza. Pojęcie „dziad” oczywiście znałam. To taki stary, zgarbiony, zarośnięty, śmierdzący facet, w brudnym ubraniu i tobołkiem na kiju przewieszonym przez ramię. Tę definicję skonsultowałam z koleżanką, w domu której rodzice też mówili o dziadach. Jej zdaniem chodziło o dziadów żebrzących pod kościołem.
Nie znałyśmy ani jednego, ani drugiego typu dziada. Same byłyśmy nawet zdziwione, skąd w naszych umysłach wzięły się takie wizerunki. Pewnie był to wpływ socjalistycznej telewizji, jeszcze wówczas w Polsce w powijakach.
W końcu zapytałyśmy rodziców, co to za „dziady”. Każda otrzymała taką samą odpowiedź – „Dziady” napisał Mickiewicz. Tak samo jak „Lokomotywę” Tuwim.
I tak oto od słowa do słowa zapoznałyśmy się z bieżącymi wówczas wydarzeniami politycznymi.
Otóż w Krakowie, drugiej stolicy Polski – w drugiej klasie podstawówki już tego uczono – w teatrze, na scenie pokazano owe „Dziady”. Nie spodobały się one rządzącym sekretarzom ani przedstawicielom bratniego narodu zza Buga i wcale nie była to Białoruś, tylko Związek Socjalistycznych Republik Radziecki , w skrócie ZSRR lub pisane cyrylicą CCCP, co z kolei w luźnym tłumaczeniu na alfabet łaciński było skrótem od Cep Cepa Cepem Pogania.
„Dziady” zdjęto z afisza czyli zakazano pokazywania na scenach całej Polski.
Postawa sekretarzy i braci zza Buga nie spodobała się z kolei studentom, i to w całej Polsce. Podnieśli więc bunt przeciwko postawie tych pierwszych. Demonstrowali, manifestowali, krzyczeli, okupowali uczelnie, przestali się uczyć.
W kraju zrobił się bajzel.
Pierwsi, czyli ci u władzy, postanowili zrobić z młodymi porządek. Wygłosili kilka płomiennych przemówień, w których o zaistniały bałagan oskarżono element wrogi, czyli obcy z ludnością pochodzenia żydowskiego na czele.
Takiej ludności wręczano bilet w jedną stronę i kazano zrobić wypad z Polski.
W tym momencie w moim domu nikomu nie było do śmiechu. Moi rodzice pożegnali w ten sposób grupę bardzo dobrych znajomych, z którymi budowali zręby polskości na Ziemiach Odzyskanych po 1945 roku.
I dalej też nie powinno być do śmiechu. Bo oto pierwsi sekretarze postanowili uciszyć zbuntowanych studentów przy pomocy klasy robotniczej jako przewodniej siły narodu.
Do miejscowości, które były siedliskiem zarazy zwanej studentem, czyli tych dużych, wysyłano robotników z przodujących zakładów pracy. Robotnicy, pod kierunkiem tajnych pracowników aparatu bezpieczeństwa, organizowali spontaniczną pikietę nawołującą młodzież do opamiętania się. „Studenci do nauki” – krzyczeli w telewizorze w Warszawie. „Literaci do pióra” – wtórował Kraków.
I tak sobie co jakiś czas jeździły te robotnicze delegacje na gościnne występy do wielkich miasta, a koledzy tych, co jechali popierać niejakiego towarzysza Wiesława, zasuwali przy maszynach podwójnie i nawet plan produkcji przekraczali.
I tak oto wreszcie, któregoś dnia buntu młodych los padł na zakład pracy mego ojca.
cdn.
więcej na https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php

❤️
2
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
Wyprawa na Wschód | tam 0

Wyprawa na Wschód

Wyprawa na Wschód

Znacie przygody Indiany Jonesa? Pewnie, że znacie. Dobra seria przygodowych filmów w scenerii egzotycznej. Tu krokodyle, tu tajemnicze kule, węże i te fascynujące przygody…. A kiedy w części „Indiana Jones i ostatnia krucjata” do obsady dołączył sam James Bond, sorry, Sean Connery to w ogóle zrobiło się bajkowo. Jak zawsze przy produkcji takich filmów zastanawiam się, co jest autentycznym plenerem, a co dekoracjami, wówczas jeszcze nie komputerowymi. W wymienionej przeze mnie części, Jonesowie wjeżdżają przez skalny tunel, do niesamowitego skalnego miasta, w którym ukryty ma być święty Graal… Czy owe wykute w skale zabudowania to tylko dykta, czy może…. Tak, autentyk, to Petra, miasto Nabatejczyków, znajduje się w Jordanii. Zaczęłam szperać na temat tego miasta, tamtych ludzi…. Indiana Jones znacznie poszerzył moje wiadomości związane z Bliskim Wschodem. Wcześniej uczynił to Zenon Kosidowski. W szkole średniej rozczytywaliśmy się w jego książkach. Mnie zachwyciły „Opowieści biblijne”. Wtedy też wędrowałam po Bliskim Wschodzie…. A jeszcze potem ta kraina zaczęła kojarzyć się z wojnami…. I chyba tak kojarzy się do dziś…. Smutno się robi….
Z ciekawością zatem zabrałam się za książkę Piotra Kołodziejczyka „Tam, gdzie mieszka wiatr”. I przeczytałam ją z przyjemnością. Odkopała moje wiadomości z dawnych lat, poszerzyła je, a przede wszystkim wzbudziła nadzieję, że młodzi ludzie zainteresują się niezwykłą historią niezwykłej ziemi. Bo to kolebka trzech wielkich religii, tu był Eden, tędy wędrowali kupcy jedwabnym szlakiem, tu nadal pracowici archeolodzy odkopują ślady dawnych kultur i tworzących je ludzi. Książka Kołodziejczyka jest właśnie o tym, o poszukiwaniu naszej ludzkiej tożsamości. Jak każda tego typu opowieść, stara się przybliżyć nam czas miniony, byśmy mogli poznać dzieje człowieka, zrozumieć dlaczego była brąz, jakie znaczenie dla rozwoju cywilizacji miało „odkrycie” żelaza i kim na serio był Hefajstos. To wszystko jest bowiem kolebką naszej cywilizacji, „komórek”, komputerów, paneli fotowoltaicznych. A o tym powinniśmy wiedzieć.
Napisana w miarę nieskomplikowanym językiem opowieść o Bliskim Wschodzie powinna zainteresować każdego czytelnika. Może to być opowieść do poduszki, może stanowić wstęp do dalszej penetracji tajemniczych krain. Warto podsunąć ją młodzieży, której Bliski Wschód kojarzy się niestety z działaniami wojennymi.
Gdzie jest początek naszego czasu? Skąd przychodzimy? Czy jedwabny szlak to droga ku lepszemu światu, we wszystkie jego strony? Dlaczego ciągle funkcjonuje taki przedziwny zawód jak archeolog? Urządzenia elektroniczne nie wystarczą, by dotrzeć w głąb ziemi, która ciągle ukrywa swe dzieje?
Warto zatem sięgnąć po ową książkę żeby swą wiedzę pogłębić lub przypomnieć….

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
O problemie z książką... | szpie 0

O problemie z książką…

O problemie z książką…

Dziś będzie bardziej o problemie z książkami niż o samej książce. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy utwór literacki traci swą tzw. aktualność lub jest niezgodny z obowiązującymi zasadami powszechnego użytku, lub jego autor staje się persona non grata. Będzie o tym ostatnim.
Jeśli przestępca siedzi w więzieniu, pisze pamiętniki, udziela wywiadów przerabianych następnie na książki przez autorów – widmo, wszystko jest w porządku. Jeśli natomiast odnosi sukcesy, a potem trafia za kraty, a ma to związek z jego twórczością, to już są wątpliwości. Zwłaszcza jeśli wszystko zaplatane jest politycznie, ustrojowo i światopoglądowo.
Taki właśnie jest problem z Aleksandrem Omiljanowiczem. Właśnie przeczytałam jego „Szpiegowski nokturn” , wydanie z roku 1985 w nakładzie 40 000 tysięcy egzemplarzy. Jako mieszkanka Podlasia, znam doskonale historię popularności pisarza. Uchodził za wzór. Pisał o miejscach, w których żyliśmy. Uczęszczał na spotkania z młodzieżą i opowiadał o historii terenów przy przedwojennej granicy Polski. Jego powieści rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. I nagle trach. Zmiana ustroju. Zmiana polityczna. Przełom lat 80/90. Ci, co do tej pory byli cacy, teraz są źli. Zły okazuje się Omiljanowicz. (jeśli jesteście zainteresowani, poczytajcie o nim). Czy zatem należy również negować je twórczość? Problem w tym, że jest to twórczość w pewnym stopniu uwarunkowana nie tylko historycznie, ale również politycznie.
Przeczytany przeze mnie tekst to trzy opowiadania dotyczące czasów przedwojennych i lat walki na dawnym pograniczu. Nie są złe. Warsztat pisarski solidny. Autor pisze: ” Przedstawionym wydarzeniom starałem się nadać formę opowieści sensacyjnej, by kronikarskim zapisem nie nużyć czytelnika”. Wszystko robi więc świadomie. Jak na literaturę przystało, nadaje faktom charakter epicki. Czyni to sprawnie. Tekst czyta się z zainteresowaniem. Przypomina mi kieszonkowe „tygrysy”, które czytali nawet ci, co innych książek nie czytali. Wspominając legendarne książeczki, zawsze widzę mego ojca w … toalecie. Jedyne miejsce, gdzie można było spokojnie poczytać, żeby dzieci nie przeszkadzały….
Treść opowiadań Omiljanowicza, zwłaszcza dwóch pierwszych, też przykuwa uwagę. Jakie ma źródła historyczne? Nie sprawdzałam. Kiedyś czytałam sporo o działalności szpiegowskiej przed drugą wojną na terenie Górnego Śląska. Było podobnie. Oczywiście zarówno „tygrysy” jak i inne opowieści tego typu, nie mogą być źródłem historycznym. Tak samo jak Sienkiewicz. Trzeci tekst jest już rzeczywiście polityczny, nasycony światopoglądem lat PRL-u. Ale ilu wybitnych poetów i pisarzy pisało „pod publiczkę”? Czy dzisiaj nie mamy tekstów na zamówienie, takich na przykład sponsorów?
Problemu nie rozwiązałam. I nie rozwiążę, bo zawsze takowy z literaturą będzie. Czy należy czytać Omiljanowicza, czy nie? – sami na to sobie odpowiedzcie.

❤️
0
👍
0
0
💡
0
0
📖
0