Kategoria: 1. Poezja

0

Żyłam sobie w PRL-u (9)

1974 (2)

Bierzmowanie (2)

Do domu wracaliśmy około dwudziestej drugiej. Było już ciemno. Wszystkich witała mama:
– Gdzie ty do cholery tak po nocach łazisz? Już na milicję chciałam iść!
– Jak to gdzie? W kościele byłam (em) – odpowiadał każdy z nas.
– Do tej pory?
– Jasne, przed bierzmowaniem trzeba się wielu rzeczy nauczyć. No, mogę przecież do tego bierzmowania nie przystępować – to był szantaż.
Oczywiście w czasach zakazu klerykalizacji takiej możliwości nikt nie brał pod uwagę.
– To proboszcz was tak długo męczy?
– No, a kto…. A jak nas wypuszcza to już robi się ciemno i trzeba wracać okrężną drogą, przez ulicę.
Fakt, była taka trasa. Nikt normalny nią do kościoła nie chodził, bo była dwa razy dłuższa. Wszyscy walili ścieżką przez ogródki.
Wyjaśnienia były precyzyjne. Wszak ustalone przy winie i papierosach, jak na dorosłych przystało.
Niestety, nasza sielanka trwała tylko trzy dni…
Jedna z mam, a była to moja, zdenerwowała się na proboszcza. Uznała, że dzieci nie mogą po nocach wracać do domu. Zwłaszcza, że rano muszą iść do szkoły. Poszła do niego i wygarnęła co jej na wątrobie leżało.
Co powiedział proboszcz? Domyślamy się. Co tam dużo gadać…. Wiemy na pewno.

Nie, kary chłosty nie było. Było gorzej. Mama poinformowała inne mamy.

Najpierw w każdym domu przeprowadzano dochodzenie, kto był inspiratorem działań i twórcą kłamstw mających zdyskredytować księdza proboszcza. Żaden z rodziców nie chciał wierzyć, iż to jego ukochane maleństwo wpadło na taki szatański plan.
– Wszyscy wpadliśmy na taki plan – brzmiało w starych poniemieckich budynkach.
Nikt nikogo nie sypnął. Może gdybyśmy byli bardziej świadomi politycznie, zwalilibyśmy wszystko na partię. Niestety, nie wpadło nam do głowy, żeby zwalić całą winę na ustrój, który jak dziś się mówi, nałogowo tępił księży.
– Co robiliście do tej dziesiątej? – brzmiało kolejne pytanie.
– Łaziliśmy.
– Gdzie?
– Tu i tam….
– I co jeszcze?
– No nic….
O papierosach, winie i cyckach nie sypnęliśmy.
Starzy ustanowili też zakaz wychodzenia na podwórko i spotykania się do czasu bierzmowania. Rano do szkoły, ze szkoły powrót zgodnie z planem, wyjście na naukę do kościoła i powrót punktualnie o dwudziestej.
Najspokojniej w całej sprawie zachował się ksiądz proboszcz. Zapytał tylko, czy wieczorni spacerowicze mają wyznaczoną karę. Przytaknęliśmy opuszczając głowy.
Smutno się zrobiło. Jednak jeszcze nie byliśmy dorośli. Zostały nam trzy lata do osiągnięcia magicznej „osiemnastki”.

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

czas :\

Perspektywa czasu usypia czujność przed nieuchronnym jego przemijaniem.

❤️
1
👍
1
0
💡
0
1
📖
0
0

Wiosenne ptaki
Ocieplenie klimatu –
Krążą jaskółki

❤️
3
👍
0
0
💡
0
1
📖
0
2

Żyłam sobie w PRL-u (8)

1974 (1)

Bierzmowanie (1)

Szczególny to był rok w moim życiu… Ale po kolei. Zacznijmy od religii.
Jeśli wierzyć co niektórym, w czasach PRL-u religia była zakazana, a do kościoła nie wolno było chodzić. W wyniku takich zakazów na lekcje religii chodził praktycznie każdy uczeń takiej podstawówki jak moja, a tłumy wypełniały kościelne budynki w czasie każdej niedzielnej mszy. Wszak dziwne to były czasy….
Na religię chodziliśmy oczywiście do salki katechetycznej przy kościele. Owych nie było tak dużo jak obecnie i wyjście na katechezę było sporą wyprawą. Ale za to jaką! Zbieraliśmy się grupą, szliśmy razem, wracaliśmy też wspólnie i nikt nam nie podskoczył. W kupie siła, kupy nikt nie ruszy. Nasza trasa wiodła wśród ogródków, przechodziliśmy przez dwie, niektórzy przez trzy ruchliwe ulice. Nikt nas nie zaczepiał ( a niech by spróbował!). Nikt z nas nie wpadł pod samochód. Krokiem prawie marszowym do salki szliśmy dwadzieścia minut. I tak dobrnęliśmy do ósmej klasy i wiosny, podczas której mieliśmy zostać wybierzmowani. Dwa tygodnie przed wydarzeniem, ksiądz proboszcz zarządził dodatkowe zajęcia w kościele – każdego dnia po wieczornej mszy mieliśmy uczyć się, jak zachować się w czasie uroczystości. Księdzu bardzo zależało, żeby wypadło wszystko jak najlepiej, bo biskup z Wrocławia przyjeżdżał do parafii tylko raz na rok. Żeby bierzmować i oczywiście wizytować parafię.
Msza była o osiemnastej, zatem nasze zajęcia rozpoczynały się około osiemnastej czterdzieści.
Czy mogło być coś lepszego niż wieczorne wyjście z domu i wyprawa z ferajną po wielkie przygody, znaczy się doświadczenia życiowe?

Przecież jesteśmy już w ósmej klasie, najstarsi w szkole, teraz tylko bierzmowanie i szkoła średnia.

Człowiek był prawie dorosły.

Zbieraliśmy się tradycyjnie przy ogródkach. Kupą szliśmy do kościoła. Czekaliśmy na koniec mszy, potem wkraczaliśmy do świątyni. I uczyliśmy się na pamięć kilku pieśni, nowych modlitw, zasad podchodzenia do ołtarza i zachowania powagi.
W poczuciu progu dorosłości, który mieliśmy wraz z bierzmowaniem przekroczyć, utwierdzał nas proboszcz, wygłaszając za każdym razem mini kazanie o tym, jak po dotknięciu policzka przez dłoń biskupa (symboliczne lanie w mordę) staniemy się dojrzałą młodzieżą.

Słowem – precz z dzieciństwem!

Wzięliśmy sobie to do serca.

Z kościoła wychodziliśmy po planowanych czterdziestu pięciu minutach. Jasno jeszcze na świecie. Wiadomo, wiosna. Ale na naszej trasie było kilka obcykanych miejsc, w których można było się schronić przed ówczesnym monitoringiem, czyli zbyt ciekawskimi ludźmi.
Wśród krzaków czarnej porzeczki niektórzy z nas po raz pierwszy zapalili papierosa. Z reguły były to „Sporty”, najtańsza nikotyna bez filtra. Uczyli ich palić oczywiście ci, którzy już wcześniej wracając z religii zachodzi pod krzak i palili.
Byli tacy, co po raz pierwszy złapali dziewczynę na jej rosnące na przodzie walory. Dziewczyna piszczała, ale była zadowolona, że już ma coś, za co można ją złapać. Dziś nazywa się to molestowanie.
Oczywiście po pierwszych kościelnych zajęciach ktoś skombinował „jabola” i wypiliśmy pod ową dorosłość, która nas czekała.
Podstawowym wyposażeniem były cukierki „miętówki”. Po papierochach i wińsku wystarczyły dwa, by swojski zapach zniknął nam z ust.
Zresztą, co ja tam będę ściemniać…. jeden papieros był na trzy osoby, a butelka wina – na dziewięć, dziesięć, a może nawet dwanaście. Trudno było się tym upić. Bardziej szumiało nam od faktu uczynienia rzeczy przeznaczonej tylko dla dorosłych.
Kiedy się napaliliśmy i napiliśmy ruszaliśmy „w miasto”. Jak pięknie było iść w miejsca zakazane, jak cudownie wyglądał staw przy starym dębie i szybie „Chwalibóg”, puste śródmieście i zachód słońca nad starym cmentarzem…. cdn.

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
2

HAiKU :)

Harmonijka gra
Zima w sercu, mroźny wiatr –
Byle do ciepła

Gałązki w śniegu
Zimą zasypia nam świat –
Cisza, zimny blask.

❤️
7
👍
1
0
💡
2
1
📖
2
2

Bezkresne morze
Wpatruję się w horyzont –
Zbieram muszelki

❤️
4
👍
0
0
💡
1
0
📖
0
0

Przy japońskiej kawie

Przy japońskiej kawie

Przy oglądaniu filmów wzruszam się, jeśli coś wywołuje emocje w moim sercu. Uronię łezkę, czasami dwie. Z książkami jest trochę inaczej. Mam wykształcenie typowo polonistyczne, przez ponad trzydzieści lat uczyłam, jak można interpretować teksty pisane. Zboczenie zawodowe jest i już. Czasami się jednak zdarza inaczej. Owszem, ważna kompozycja utworu, sposób charakteryzowania bohaterów, budowa akcji i reakcji, ale te sprawy odchodzą na plan dalszy, bo książka po prostu – wzrusza.
Tak było w przypadku „Zanim wystygnie kawa” japońskiego pisarza Toshikazu Kawaguchi. Emocje wzięły górę.
Temat przenoszenia się w przeszłość lub przyszłość wydaje się być tematem oklepanym i charakterystycznym dla prozy typu fantasy lub baśni i bajeczek. Wymyślić coś innego, coś oryginalnego, coś, co przykuło by czytelnika jest niezwykle trudno. Ale przecież wyobraźnie ludzka ograniczeń nie ma, a najprostsze rzeczy są czasami najtrudniejsze do wymyślenia…. Tak też jest w przypadku prozy japońskiego pisarza.
Z mini recenzji zamieszczonej na tylnej okładce dowiadujemy się, iż akcja powieści rozgrywa się w małej, cichej kawiarence w Tokio. Co tu się może zdarzyć? Okazuje się, że bardzo dużo, a równocześnie niewiele. Trzymającej w napięciu akcji brak. Są tylko i aż ludzie. W sumie normalni, ze swymi problemami, radościami, smutkami. Ot, tak jak wszędzie, tak jak zawsze. Taka sobie codzienność i nic z egzotyki, chociaż niektórzy myślą, że jak Japonia to musi być coś innego. Tymczasem japoński świat jest taki sam jak wszędzie. Być może właśnie ta codzienność i jej uniwersalność sprawia, iż książka wzrusza i w oku pojawia się łza? O dziwo, nie płaczemy słuchając kolejnych wiadomości o wojnach nękających naszą planetę, o kataklizmach i katastrofach wywołanych przez ciągle nieokiełznaną i silną przyrodę. Wzruszają nas proste sprawy prostych ludzi. Ich radości i smutki, ich spełnione i niespełnione marzenia. Takie też proste i nieskomplikowane. Takie, jakie my też możemy mieć.
„Zanim….” nie posiada żadnych fajerwerków kompozycyjnych. Mnie wzruszenie ogarniało wraz z ilością przeczytanych stron. Na końcu łzy pojawiły się w większej ilości. Może taki właśnie był zamysł autora? Jeśli tak, to mu się udało.
Język utworu, jak i wszystko w nim, bardzo czytelny i nie wymagający znajomości budowy zdania wielokrotnie złożonego, czy stron ze słownika wyrazów obcych. Taki właśnie język buduje opowieść skromną, ale wielką w swym wpływie na czytelnika. I uwaga – nie jest to tekst sentymentalny. Jest po prostu bardzo ludzki….

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

nie HAiKU

Ob­raz po­kory
Słowem praw­dy mówi wprost –
Tronów nie szuka

❤️
5
👍
1
0
💡
2
1
📖
1
12930313233343590