Żyłam sobie w PRL – u (14)
Żyłam sobie w PRL-u (14)
1976 (3)
Kawa z Bogatyni (2)
Dopiero w M-ileś zajmowanym przez rodzinę Ryszarda dowiedziałam się o przemówieniu, podwyżkach i niesprawiedliwych rekompensatach.
– …. i dziś u nas ludzie też przeciwko temu zastrajkowali…. ja też.
– To co robiłeś?
– Najpierw czekałem na telefon od ciebie, a potem leżałem na trawie i opalałem się. Przecież wakacje się zaczęły.
Jasne, wakacje się zaczęły. Zanim z pracy wróciła rodzina Ryszarda, wymieniliśmy kilka uścisków.
Rodzice mego znajomego przynieśli z miasta i z pracy sporo nowości. Oczywiście, że podniósł się bunt przeciwko podwyżkom, ale w samej Warszawie jest cicho. Bunt jest głównie w Radomiu i Ursusie, gdzie produkowano wówczas najlepsze ciągniki, jak twierdziła propaganda, na świecie.
– Rety, mój pociąg jedzie przez Ursus!
– To niedobrze. Na mieście mówią, że tam tory rozkręcono. Zablokowano cały przejazd kolejowy – oznajmił przyszły niedoszły teść.
– A co mówią w pracy? – zapytałam, pamiętając z Wałbrzycha, iż wieści z pracy są bardziej prawdopodobne niż wieści z miasta.
– To samo.
Mina mi zrzedła. To jak ja się dostanę do Kłodzka?
– Najwyżej nie pojedziesz. Zostaniesz u nas.
Spojrzałam na Ryszarda. Jemu też pomysł mamy się spodobał.
Dalszą część dnia spędziliśmy osobno. To znaczy rodzice Ryszarda siedzieli w pokoju przed telewizorem, a ich syn wraz ze mną w swoim pokoju. Słuchaliśmy płyt, winylowych oczywiście, z adapteru, zwanego w niektórych kręgach gramofonem. Bliskość starych za ścianą nie pozwalała nam na równie bliskie kontakty międzypłciowe. Pozostały przyciski, uściski i drobne cmoknięcia. Nie było wówczas standardowego pukania do drzwi pokoju dziecka. Rodzic wchodził jak do siebie. I nic w tym dziwnego, wszak on był właścicielem mieszkania. Oprócz spółdzielni mieszkaniowej rzecz jasna.
Tak więc w pewnym momencie do pokoju Ryszarda wparował ojciec.
– Odwołali podwyżki – oznajmił.
A więc stało się. Będę musiała jechać do Kłodzka. A mogło być tak pięknie…
– Polski robotnik ma jednak swą siłę – dodał odchodząc i pozostawiając otwarte drzwi.
To był bez wątpienia znak dla mnie, że czas opuszczać gościnne progi.
– To ja jadę na ten dworzec…. pociągi pewnie jeżdżą już normalnie…. –
powiedziałam z nadzieją, że jednak ktoś mnie zatrzyma, powie, że niebezpiecznie…
Nic z tego. Rodzice pokiwali głową na znak potwierdzenia. Ryszard oczywiście włożył buty i miał mnie do pociągu wsadzić.
Kiedy wychodziliśmy, przyszła niedoszła teściowa zatrzymała nas na moment:
– Gdybyście zauważyli, że coś jest nie tak, bierzcie tę jej torbę i wracajcie natychmiast. Masz tu pieniądze na taksówkę. A tu masz kanapki na drogę.
Wcisnęła chłopakowi do dłoni banknot o dużym nominale, a mnie dużą papierową torbę. Wiadomo, taksówki w stolicy zawsze były drogie, a droga przede mną daleka.
Bez problemu dotarliśmy na dworzec Warszawa Wschodnia. Odebrałam torbę z przechowalni. Usiedliśmy w obskurnej poczekalni i przyglądaliśmy się nocnemu życiu dworca. Tu spał pijaczek, tam zataczał się drugi. Tam i z powrotem chodzili milicjanci i patrole WSW (Wojskowa Służba Wewnętrzna) kontrolujące żołnierzy przymusowej służby zasadniczej będących na przepustkach. Podróżnych jakby trochę mniej, ale to było zrozumiałe. Ludziska wystraszyli się podwyżki cen, ich konsekwencji i wieści z miasta o tajemniczych wydarzeniach w Ursusie.
– W sumie nawet dobrze. Tłoku w pociągu nie będzie – skomentowałam zmniejszony ruch na dworcu.
Pociągi odjeżdżały punktualnie. Większość rozpoczynała właśnie na tym dworcu swą trasę, były więc wcześniej podstawiane na perony. Dworcowy megafon zapowiadał wszystko dokładnie i donośnie.
– „Pociąg pośpieszny Karkonosze do Jeleniej Góry, Kudowy Zdroju i Stronia Śląskiego podstawiony będzie na tor… przy peronie…. Planowy odjazd pociągu godzina 22.05.” – odezwał się głośnik.
Czas ruszać w daleką podróż. Przede mną prawie 500 kilometrów, prawie 10 godzin w pociągu. Na peronie wycałowaliśmy się namiętnie obiecując, że niebawem się spotkamy. Wszak będę wracała do domu znowu przez Warszawę.
W przedziale, do którego wsiadłam, były cztery osoby – starsza pani, starsze małżeństwo i młody chłopak z błyskiem w oku. Zajęłam miejsce przy korytarzu.
Pociąg dostojnie i powoli ruszył. Zaraz się rozpędzi, przejedzie mostem nad Wisłą, zatrzyma się na Centralnym, potem na Zachodnim i pogna ze średnią prędkością 70 na godzinę w góry Karkonosze.
No więc czekam, kiedy się rozpędzi.
A on nic.
Dalej jedzie dostojnie i powoli.
Zatrzymuje się na torze przy nędznym przystanku kolejowo – autobusowym Warszawa Stadion.
Rusza.
Żółwim tempem wtacza się na most kolejowy.
Dlaczego znowu stajemy?
Warszawa Powiśle?
Kiedy znowu ruszymy?
Do naszego przedziału wkrada się niepokój.
– Coś tu nie gra – zauważa chłopak z błyskiem w oku.
– Ma pan rację…. – potwierdza mąż.
Właśnie stoimy przy peronie przeznaczonym dla pociągów podmiejskich. To nienormalne.
– Pójdę i zobaczę.
Przez okno zobaczyliśmy, że chłopak wyskoczył na peron. Nie tylko on. Kilka innych osób też uznało sytuację za dziwną. Natychmiast rozległ się ostry głos konduktora:
– Wsiadać do pociągu!
– Panie, ale co się dzieje?! – posypały się pytania.
Konduktor westchnął:
– Nie wiem…. ale proszę nie wychodzić! W każdej chwili możemy ruszyć!
I ruszyliśmy. Przetoczyliśmy się kilkadziesiąt metrów i znów stanęliśmy. Najgorzej było w tunelu prowadzącym do Warszawy Centralnej. Zaduch i smród.
Dlaczego smród? Ówczesne pociągowe toalety zbudowane były na prostej zasadzie. Siadał człowiek na desce klozetowej, a pod spodem miał otwór. To, co natura wyrzuciła z organizmu, lądowało na torowisku. W ubikacji znajdował się napis „Nie korzystać z toalety podczas postoju pociągu!”.
Weź tu nie korzystaj, jak ten pociąg prawie cały czas stoi, a człowiekowi się chce!
Do Warszawy Centralnej dojechaliśmy z dużym opóźnieniem. Tu też wsiedli ludzie. Do naszego składu dołączył starszy pan, chłopak bez błysku i dziewczyna w moim wieku. Zrobiła się klasyczna równowaga biologiczna. Tym razem wsiadający mieli wieści. Niekoniecznie prawdziwe, ale bardzo prawdopodobne.
– Ponoć w Ursusie tory rozkręcone – rzekł chłopak bez błysku.
– A ja słyszałem, że w ogóle rozebrane …. – dodał starszy pan bez małżonki.
Ten z małżonką zapytał zdziwiony:
– To po co pan jedzie?
– Do sanatorium, do sanatorium…. ale pan też jedzie ….
– My ze Wschodniego wyjechaliśmy punktualnie…. – dodałam.
Inni dokończyli za mnie. Powiedzieli o postoju na Stadionie, na Powiślu i smrodzie w tunelu. Moja rówieśniczka szepnęła cicho:
– A ja słyszałam, że w Ursusie rozruchy…
Starsi w przedziale zadrżeli.
– Jak w siedemdziesiątym…. na Wybrzeżu…
Po cichu zaczęli przypominać tamte czasy porównując z dniem dzisiejszym. Też była podwyżka, też robotnikom się to nie spodobało…. Wtedy do nich strzelano. Czyżby i teraz?
W przedziale zapanował nastrój grozy. cdn.
foto – internet
całość na https://www.czarownice.kosz.pl/opis-8-Zylam_sobie_w_PRL_u___Spis_tresci.php
Autorem fragmenty powieści "Żyłam sobie w PRL - u (14)" – jest Grazyna KS. Wszelkie prawa autorskie do fragmenty powieści należą do autora. Kopiowanie, rozpowszechnianie, publikowanie lub jakiekolwiek wykorzystanie utworu w całości lub w części, bez uprzedniej pisemnej zgody autora, jest zabronione. Niniejszy utwór został opublikowany na portalu poezja-proza.pl w celu promocji twórczości autora oraz dla bezpłatnej lektury czytelników. Zachęcamy do zapoznania się z innymi publikacjami portalu, takimi jak wiersze, haiku, opowiadania, dzienniki, listy, recenzje, oraz myśli autorów.
zoloft for anxiety
zoloft for anxiety
allopurinol generic
allopurinol generic