Otagowano: wiersze o śmierci

Współczesne wiersze o śmierci

Nie da ci ojciec, nie da ci matka.... | sas 0

Nie da ci ojciec, nie da ci matka….

Nie da ojciec, nie da ci matka….

Po raz któryś już trafia do mnie stary, dobry kryminał marki PRL, zwany milicyjnym. Tym razem nie został wydany w żądnej z serii kryminalnej, jest niejako osobną produkcją Wydawnictwa Prawniczego wydaną w nakładzie 180.000 – słownie sto osiemdziesiąt tysięcy egzemplarzy. Autorem jest ktoś, kto podszywa się pod dwa imiona, z których zrobił sobie imię i nazwisko, bo trudno uwierzyć, by człek naprawdę się tak nazywał Klara S. Meralda. Książka nosi tytuł „Sąsiadka kapitana Kotowicza. Tytuł nie jest symboliczny, oddaje treść utworu, który jest o sąsiadce i kapitanie. A wiadomo, nie da ci ojciec, nie da ci matka, co może dać sąsiadka. Tym razem sąsiadka daje zbrodnię prawie doskonałą, bo umiera we własnym mieszkaniu tuż nad mieszkaniem kapitana milicji. Ale to nie sąsiad, znaczy się kapitan, wpada na trop zbrodni. Robi to po dyżurze młody lekarz pogotowia ratunkowego, które przybyło by ratować, ale nie było już kogo. Lekarz najpierw orzeka zawał, ale podczas kolejnych godzin dochodzi do wniosku, że coś mu tu nie gra. Zawiadamia odpowiednie organa i na tym jego rola się kończy.
Dalej już wam spojlerować nie będę. Dalej jest tradycyjne śledztwo jak na PRL przystało. Mało dowodów, dużo podejrzanych. Trzeba ruszyć głową, żeby zagadkę rozwiązać. Obserwujemy zatem czynności sąsiada, znaczy się kapitana, który czyni wszystko, aby zabójcę sąsiadki odnaleźć. Cóż, taka robota.
Kryminał niejakiej Klary napisany jest dowcipnie i lekko. Podejrzewałam więc, że autorką jest niejaka królowa polskiego kryminału Joanna Chmielewska i ukrywa się pod artystycznym pseudo. Ale w porę przypomniałam sonie, że „Joanna Chmielewska” to też pseudo artystyczne niejakiej Ireny Barbary Kuhn z domu Becker. Drugiego w życiorysie Ireny vel Joanny nie znalazłam. W każdym razie oprócz zbrodni, mamy tu całkiem przyzwoity i kulturalny humor. W postaci na przykład takiej starej ciotki, bo wiadomo, że ciotka zawsze musi być stara, ale za to dobrze gotuje.
Czy można się zatem do czegoś przyczepić? Chyba nie. Intryga kryminalna jest w sumie bardzo normalna, a rozwiązanie zagadki bardzo proste. Nie wszystkie bowiem kryminały rodem z PRLu nawiązują do czasów wojny lub szpiegostwa na rzecz państw zwanych wówczas państwami z drugiego obszaru płatniczego. Tutaj jest bardzo swojsko. Tak po polsku, tak normalnie.
Po tę książkę sięgnęłam w trudnym momencie mego życia, by zapomnieć i poprawić sobie humor. Udało się. Zagłębiłam się w lekturze siedząc lub leżąc w leżaku na balkonie i łapiąc ostatnie promienie lata, by wytworzyły w moim organizmie witaminę D3. Przeczytałam utwór w ciągu jednego dnia. I o dziwo, kiedy po dwóch tygodniach pisze tę recenzję, pamiętam o czym tekst był, co rzadko mi się zdarza w przypadku tzw. czytadeł. Jak więc Klara Smeralda trafi w wasze ręce – przeczytajcie.

❤️
0
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Jak to z milionami bywa | te 0

Jak to z milionami bywa

Jak to z milionami bywa….

Jeśli bierzesz do ręki książkę Johna Grishama, przygotuj swój ulubiony napój w dużej filiżance, legnij w ulubionym fotelu lub ukochanym miękkim miejscu, bo czeka cię długi czas w tej pozycji. Od powieści tego pisarza, znanego jako pisarz „sądowy”, nie sposób się oderwać. Tym bardziej jeśli trafiasz na „Testament” – powieść inną niż pozostałe. No, dobrze, nie do końca inną. Wszak tutaj też mamy prawnicze zawiłości, ale akcja nie rozgrywa się głównie na sali sądowej, a potyczki prawników obu stron nie stanowią jądra powieści. Są efektem działań, z którymi mamy do czynienia wcześniej.
„Zaczynając czytać „Testament”, mamy wrażenie, że czytamy Marqueza” – informuje cytat na okładce. I niewiele się myli. Wiadomo, początek dobry być musi, żeby czytelnika wciągnąć w tok wydarzeń, przykuć do fotela tak, by krzyczał do współmałżonka, dzieci lub psa „Zrób mi kolejną kawę!”. I tu tak mamy. Potem następuje moment, w którym oczy robią się coraz większe, włosy stają dęba, a zaskoczenie zaskakuje. Nie, tego to się nikt nie spodziewał.
To jednak ani koniec, ani początek, który już przecież był. Potem ruszamy do Brazylii i nie na mecz piłkarski. Pojawia się nam wątek religijny. Wy wszyscy niewierzący, agnostycy i inni nie martwcie się. Tu nikt nie przegina. Wam wierzącym pewnie się spodoba. Wszystko w normie. Wszystko spoko i w porzo.
Trudno jednoznacznie określić kto jest głównym bohaterem. Postać bez skazy jest jedna. Pozostali swoje za uszami mają. Podstawowemu bohaterowi negatywnych cech nie brakuje, a życiorysem nie zachwyca. Pozostałe osoby zniszczone są przez system i pieniądze, które tym razem zupełnie szczęścia nie dają, wszak forsa to nie wszystko. Są jeszcze wartości słusznie zwane wartościami, ponieważ z nich składa się ludzki żywot. Ten w amazońskiej dżungli przede wszystkim.
W sumie trudno nie zgodzić się z opinią, że powieść Grishama łączy wątki prawnicze z przygodą w dawnym stylu. Dziś już zapomnieliśmy o wyspach skarbów, Robinsonie czy przygodach bohaterów powieści Verne’a w jego świecie fantazji. „Testament” daje nam namiastkę tego. Trudno chwilami uwierzyć, iż powieść powstała w 1999 roku.
Czy jest wątek miłosny? Nie do końca. Oczywiście jest odpowiednia kobieta i takiż sam mężczyzna, ale ich uczucie odbiega od klasycznego romansu. Obserwujemy rodzącą się wieź, lecz nie jest to tak, jak bywa w najpiękniejszych tekstach o miłości. Tu kocha się człowieka, nie faceta czy facetkę. Tak więc ponownie mamy coś nowego, coś innego.
Zakończenie powinno czytelnika zaskoczyć, ale nie musi. Po przeczytaniu książki stwierdziłam, że przecież to było do przewidzenia. Autor wybrał jedną z wielu bardzo prawdopodobnych wersji rozwiązania intrygi. Finał jakiś musi być. Warto dobrnąć do końca.

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Szalone czytanie | po 0

Szalone czytanie

Szalone czytanie

I ponownie witam was w szalonych latach dziewięćdziesiątych, kiedy świat….nie, za daleko… kiedy Polska stanęła do góry nogami i wszystko zaczęło się zmieniać. Rynek czytelniczy też. W 1989 roku powstaje pierwsze prywatne i niezależne wydawnictwo „Amber”. Jest zjawiskiem niesamowitym. Wydaje utwory znane w naszym kraju tylko ze „słyszenia”. Opanowuje rynek czytelniczy. Sensacyjne powieści o przygodach superszpiegów leżą na łóżkach polowych obok pasty do zębów, kremu do twarzy i konserwy z drugiego obszaru płatniczego. Księgarnie tracą monopol na dystrybucję książek, a ludzie masowo kupują i czytają wydawnictwa z niezwykle kolorowymi okładkami. W moim życiu nie pamiętam większego popytu na słowo drukowane niż wówczas.
Powieść Colina Forbesa „Podwójne ryzyko” należy do grupy owych niesamowitych opowieści. Na okładce wydanie, które trafiło do mnie, facet z pistoletem, drugi z karabinem, ładne dziewczyny, samolot, statek, pożar…. Słowem wszystko co potrzebne do wzbudzenia sensacji, bo to tekst sensacyjny. Młodzież z lat dziewięćdziesiątych, w recenzjach, z nostalgią wspomina lektury tego typu. Ach, chciało się być szpiegiem lub przynajmniej dziewczyną szpiega. Ach, chciało się cało uchodzić z takiego płonącego statku, oczywiście w ramionach przystojnego faceta. Nie ma się czemu dziwić…. Ja jestem z pokolenia filmów o wodzu Apaczów Winnetou. Moi koledzy robili z patyków łuki i strzały, a my – dziewczyny byłyśmy na podwórku indiańskimi squaw czekającymi na swych facetów, w tipi z gałęzi.
Zaraz, zaraz, ja tu o pokoleniu, a to wszak ma być recenzja o książce…. Właśnie…. Gdzie podziała się książka?
Jest tak…. Po przeczytaniu książki, odkładam ją na około tydzień, a dopiero po tym czasie biorę się za pisanie recenzji. Tak też było w tym przypadku. „Podwójne….” wchłonęłam szybko, być może dlatego, że sporo czasu spędziłam w kolejkach do lekarzy. A nie ma nic lepszego niż mniej ambitna literatura, by zagłuszyć narzekania polskich pacjentów na stan narodowej służby zdrowia. Zatem po tygodniu wracam do kolorowej okładki, siadam, by coś tam napisać i …. mam pustkę w głowie. Akcja, która mnie wciągnęła pomiędzy usg tarczycy a pobieraniem krwi na krzywą cukrzycową, gdzieś uciekła. O czym w ogóle była ta książka? Aha, windsurfingowcy zabili faceta, a potem taki jeden zastawił na nich pułapkę, że niby też go mają zabić, ale taka jedna dziewczyna w masce powstrzymała tych złych, by mogli wygrać dobrzy, a wszystko dzieje się na Jeziorze Bodeńskim, co to ponoć ma kształt takiego gada, z którego szyją buty, jak ten gad umrze lub go zabiją, bo zajmują się zabijaniem tak na co dzień, bo to źli ludzie są i w ogóle….
Uff, kochana literaturo zwana ongiś masową. Fajna jesteś, przydajesz się, na kilka chwil, na wypełnienie czasu. I dobrze, że jesteś. W towarzystwie tekstów autorstwa laureatów Nagrody Nobla, trudno było przeżyć wkuwanie igły w żyłę, zwłaszcza jak robi to dziewczę na praktyce, bo się dopiero uczy….

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
2

Dom z krzyżem na drzwiach

W grobie leży już śmiech
Co niósł mnie na plecach
Dał mi szczęścia poznać smak
Dziś wszystko jest już nie tak

Nad trumną ukłon drzew
Liśćmi dotykając mnie żegna
Przytulić się do nich jeszcze raz
By znów się z nimi pojednać

Stanąć pośród szarych pól
Na górze co dym widać
Zobaczyć dom, który nie jest mój
Ale postanowił mnie zatrzymać

Dwojga ludzi zobaczyć choć cień
Ojca co uśmiecha się do matki
Gdy widzą we mnie swój obraz
Właśnie dziś, po raz ostatni

Wreszcie pod Jej krzyżem
Jeszcze raz się przeżegnać
Wspólnych lat uciekł nam szmat
I nie mogliśmy się nawet pożegnać

Wszystko zostawić trzeba
Stać się na powrót nikim
Napisać ostatnie słowa dwa
I miłością do Ciebie na zawsze się przykryć

❤️
4
👍
0
0
💡
0
0
📖
3
2

Gdy …

Tam, gdzie ostatnie światło gaśnie,
Zatrzymam się — za granicą życia.
Cisza rozwinie skrzydła z cienia,
I spowije mnie białą jak całun mgłą.

Nie będzie imion, wspomnień, ani łez —
Tylko echa, blade jak porzucone modlitwy.
I w tej pustce, chłodnej jak marmur świątyni,
Rozumiem, że noc nie była końcem,

Lecz powrotem.

❤️
7
👍
0
1
💡
0
0
📖
1
Wojenne zabójstwo | maruta 1

Wojenne zabójstwo

Wojenne zabójstwo

Pomysł był dobry. Milicyjny (lub detektywistyczny według nowej nomenklatury) kryminał w czasie Powstania Warszawskiego. Ktoś zabija strzałem w plecy i nie jest to faszysta. Trzeba go odnaleźć.
Z wykonaniem pomysłu było już różnie…
„Maruta” Kazimierza Korkozowicza wydana została w 1976 roku w nakładzie 100 000 egzemplarzy (słownie – sto tysięcy, dzisiejsi pisarze mogą o tym co najwyżej pomarzyć). I chociaż nie miała oznakowania ówczesnej kryminalnej serii z „jamnikiem” czy „kluczykiem”, jej format i ubarwienie okładki świadczyło, iż należy do wskazanego źródła opowieści zwanych dziś milicyjnymi. Schemat treściowy też jest taki sam. Inne są dekoracje.
Oto mamy Warszawę w czasie powstańczego zrywu. Jeszcze stojąca kamienica, a w niej stali mieszkańcy i przybyły na kwaterę oddział. Jest piękna dziewczyna. Jest wspomnienie dawnej miłości. Jest też dowódca, który szuka sprawcy morderstwa. Tak jakby zabijanie w czasie walk morderstwami nie było…. I tu właśnie poczułam pewien zgrzyt. Dlaczego szukamy jednego zabójcy, skoro wokół jest ich tylu?
Ale …. zaraz…. Czyż nie mamy kryminalnych opowieści rozgrywających się w czasie wojennych walk? Czymże jest nasz ukochany kapitan Hans Kloss? W każdym odcinku kogoś tropi, coś odkrywa, ba, nawet osobiście zabija…. Tak…. Ale Hans to był Hans. Bohater omawianej książki tak błyskotliwy nie jest. Do tego Hans aż tak kochliwy nie był, jak ten z powstania… Właściwie nie wiem, po co jest owa tytułowa Maruta. Taki kwiatek do kożucha? A może żeby akcja była żywsza, bo wbrew wszystkiemu toczy się wolno. Zupełnie mi nie pasuje do czasów walk powstańczych.
Na pewno chwała autorowi za to, że próbuje zróżnicować postacie, każdej nadaje cechy indywidualne, wyposaża w inny życiorys. Ten jest taki, tamten inny. Wspomnienie wakacyjnej miłości też się w to wpisuje. Czy ma wpływ na prowadzone śledztwo? Raczej nie…. Znowu taki dodatek do wydarzeń. Tak więc brniemy sobie poprzez kilka powstańczych dni. Szukamy sprawcy zabójstwa. Wokół trwa ostrzał, sztukasy zrzucają bomby, kamienica się trzęsie, tynk spada, a morderca żyje nadal. Oczywiście, że dzielny dowódca oddziału, zanim ruszy do dalszej walki, mordercę odnajduje. Czy jednak na pewno?
Końcówka miała być zaskoczeniem dla czytelnika. Ale wytrawny znawca literatury milicyjnej już od połowy opowieści doskonale wiedział kto jest kim. Bo schemat jest schematem. Nie przeskoczysz przyjacielu, może autorze, może czytelniku.
W każdym razie „Maruta” nie zaskakuje. Może szkoda, ale czy prawdziwy, krwisty kryminał może rozgrywać się w czasie Powstania Warszawskiego? Czy walka na ulicach miasta, śmierć tysięcy ludzi może powodować, że szukamy tego jednego, jedynego mordercy, skoro wokół ich tylu? Może znacie jakieś opowieści o tej tematyce?

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0