Otagowano: Wiersze o emocjach

Dzieje się w parku | park 1

Dzieje się w parku

Dzieje się w parku

Trochę byłam zaskoczona, że książka Jonasa Winnera „Murder Park. Park morderców” ma sporo negatywnych opinii. Jak dla mnie sprawnie napisany thriller, w którym autor wcale nie ukrywa, iż nawiązuje do znanych wątków z niezapomnianą Agatą Christie i jej „Dziesięciu Murzynków”, przepraszam, „I nie było już nikogo” (o losach tytułu można sobie poczytać) na czele. Komuś nie podobały się dialogi nazwane wywiadami, komuś coś tam jeszcze. A mnie w sumie podobało się wszystko.
Zacznijmy od formy. Powieść jak powieść, akcja jak akcja. Bez rewelacji, ale wszystko przebiega sprawnie, ma początek i koniec. Wplecione w treść zapisy wywiadów, przeprowadzane przed rozpoczęciem akcji są ciekawym elementem pozwalającym poznać bliżej głównych bohaterów. Oczywiście im bliżej końca opowieści, tym bardziej podejrzanymi są … no ci, co są. Spojlerować nie będę. Owe wywiady według mnie wzbogacają akcję, a książkę czynią ciekawszą.
Bohaterów jest dwunastu, ale tylko pozornie, bowiem wydarzenia skupiają się na jednym. Oczywiście ma to znaczenie i czytelnik od razu wie, że coś tu w związku z Paulem będzie działo się więcej. Ta postać jest bowiem inna od samego początku. Pozornie wiemy o nim wszystko. Pozornie wygląda na takiego lekkiego psychicznego, ale …. oczywiście jest kilka „ale”, których nie zdradzę.
Miejsce akcji jak najbardziej właściwie – dawny park rozrywki. A w takim parku…. Oj czego tam nie ma! Spokoju oczywiście, bo wszystko źle się kojarzy z wydarzeniami sprzed laty. Ale tak ma być. Wszak to nie tylko zwykły kryminał, to również thriller, a ten powinien wzbudzać uzasadniony niepokój. Budzi go oczywiście tunel z duchami zwany Halloweenland. Ale czyż nie wrzeszczymy ze strachu jadąc rollercoasterem lub wisząc na najwyższym „piętrze” diabelskiego młyna? W każdym parku rozrywki strach jest podstawowym elementem zabawy. A w naszej powieści – miejscem zbrodni na dodatek.
Przejdźmy do zakończenia. W sumie było do przewidzenia, ale mimo tego zaskoczyło mnie. Powieliło trochę schemat „Wyspy tajemnic” Dennisa Lehane’a, ale dlaczego nie? Powieść nawiązuje przecież do znanych wątków i historii, zatem i to nawiązanie złym nie będzie. Nie czepiajmy się bowiem autorów, że znają literaturę i zupełnie świadomie sięgają po wzorce. Możemy się jedynie zastanowić, czy czynią to dobrze, czy odwalają chałturę. Według mnie tym razem mamy solidną robotę, solidne pisanie i solidną treść. I w sumie żadnych moralnych przesłań, żadnego pouczania czytelnika, żadnego psychologicznego portretu. Klasyka powieści rozrywkowej.
Słowem, kryminał OK. Przeczytałam go szybko, bez pomijania stron, które byłyby nużące. Ponad czterysta stron minęło sprawnie.
Literatura rozrywkowa taka być powinna. Ta dobra literatura rozrywkowa, nie zaś chałtura, o której już kiedyś pisałam….

❤️
3
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Mistrz

W zaułku Świętego Tomasza,
gdzie „Camelot” kusi gęstą czekoladą,
siedział “król” przy okrągłym stoliku,
na dębowym, twardym tronie.

Srebrne włosy opadały na czoło,
jakby same chciały dodać powagi.
W zmarszczkach migotało światło —
reflektor spóźnionej sławy.

Przed nim — pusta filiżanka.
A jednak pił z niej gorycz wspomnień.
Spojrzał na mnie oczami chłopca,
który dawno zjadł ostatnie ciastko.

Wtedy dostrzegł swoje wiersze w moich dłoniach
i cofnął się nagle do dni i nocy,
gdy słowa rodziły się w gorączce
a każdy wers był okrętem,
który miał nigdy nie zatonąć.

Przez sekundę był młody i nieśmiertelny,
potem westchnął teatralnie:
„A miałem umrzeć, nim starość mnie znajdzie.”
Złożył autograf z miną,
jakby sprzedawał bilet do własnej biografii.

Uśmiechnął się naprawdę —
nie jak aktor, lecz jak człowiek,
który właśnie wygrał małą bitwę z czasem.

*”Camelot” – krakowska kawiarnia

❤️
5
👍
0
0
💡
0
0
📖
1
W angielskim stylu | tam 0

W angielskim stylu

W angielskim stylu

Jeśli biorę się za książkę z głębokiego PRL-u, oznaczoną „kluczykiem”, wiem, że będzie nieźle. Seria kryminalna z 70/80 cieszyła się ogromną popularnością i praktycznie nigdy czytelnika nie zawiodła. Raz sprawa była ciekawa, raz mniej, ale określony poziom kieszonkowe wydania trzymały. Tym razem była trochę gorsza. Powieść Josephine Tey, czyli szkockiej pisarki Elizabeth Mackintosh „Tam piaski śpiewają”, wydana w 1977 roku w nakładzie 100 000 (słownie – sto tysięcy) egzemplarzy do specjalnie pociągających nie należy, co nie oznacza, że trzeba ją skreślać z listu oczekujących na przeczytanie.
Bohaterem jest inspektor Scotland Yardu Alan Grant, który musi odpocząć, wypocząć i odetchnąć od pracy z przestępcami. Wyrusza więc pociągiem do Szkocji, by łowić ryby. Nie jestem facetem, ale wiem, że oni tak mają. Mocząc przysłowiowego kija w wodzie, odpoczywają. Już u kresu podróży wraz z konduktorem wagonu sypialnego i innymi podróżnymi, odkrywa, iż jeden z pasażerów nie żyje. Wszyscy fachowcy wokół potwierdzają śmierć z powodów naturalnych. Słowem żadnego przestępstwa nie ma. Ale oczywiście nasz policjant i seria z „kluczykiem” oznacza, że wszyscy są w błędzie, bo coś w tym wszystkim nie pasuje.
W ten oto sposób wkraczamy na drogę śledztwa prowadzonego przez glinę na urlopie. Zanim jednak cokolwiek w tej materii zacznie się dziać, musimy przebrnąć przez nudny dla mnie opis Szkocji, ludzi, zajęć, problemów i wędkowania, które oczywiście każdą kobietę nudzi, a tą nadal jestem. Opis ten zajmuje połowę, a nawet więcej książki w wydaniu kieszonkowym, liczącej 234 strony drobną czcionką. Oczywiście taka kompozycja utworu pozwala poznać ową Szkocję i ludzi tam mieszkających. Jeśli zamiarem autorki było zmuszenie czytelnika do owego poznania, to jej się udało. Pierwsza połowa XX wieku przedstawiona. Miłośnik kryminałów będzie czytał uważnie, gdyż ma nadzieję, że zaraz, za momencik, za kilka stron dowie czegoś więcej o morderstwie, wszak na pewno do takowego w pociągu doszło.
Oczywiście też przebrnęłam przez część opisowo – wprowadzającą i doczekałam wreszcie wątku kryminalnego, który oczywiście został rozwiązany. Rewelacji żadnych nie było, wszystko tradycyjnie. Najważniejsze, że został rozwiązany, bo brnąc przez perypetie z wręczaniem kwiatów i knowań rewolucyjnych Małego Archiego, myślałam, że nie doczekam.
Cóż, takie „kryminały” też być muszą. Powstawały dawno temu („Tam piaski…” w 1952 roku) i dzisiaj trącą przysłowiową „myszką” . Nadal jednak są cenne ze względu na sposób budowania akcji, a przede wszystkim na charakterystykę głównego bohatera, samotnego detektywa, który rozwiązuje zagadkę za pomocą własnego intelektu. W czasach, kiedy morderców odkrywają profilerzy i analitycy z laboratorium, warto czasem pokłonić się przed siła ludzkiego rozumu.

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
Krwawo | goraczka 0

Krwawo

Zapowiedź na tylnej okładce – zachęcająca. Da mnie oczywiście. Będzie coś kryminalnego. Na dworze upał. W domu cicha klimatyzacja. Nic, tylko siedzieć i czytać. Mrocznie może być, bo póki prądu nie wyłączą, jest wszystko spoko i w porzo. Zatem do czytania.
„Gorączka i krew” Sire Cedric zapowiadała się zatem ciekawie. Jak na rozrywkę w upalny dzień. Miała być thrillerem, fantasy i powieścią w stylu gotyckim. I o dziwo, mimo iż rewelacyjna nie jest, te założenia spełniła.
Wszystko zaczyna się kryminalnie. Są makabryczne morderstwa, jest ucieczka z miejsca zbrodni, jest policja w postaci jego i jej. Ona ma skomplikowany życiorys, on też do łagodnych nie należy. Rozpoczyna się śledztwo. Schemat tradycyjny, ale to też bywa zapowiedzią dobrego dalszego ciągu. I rzeczywiście następuje. Na czterystu stronach mamy rozwiązanie zagadki. Jeśli nawet nie całej, to gust czytelnika w trakcie lania się spiekoty z nieba, zaspakaja.
A co jest pomiędzy? Niektórzy twierdzą, że pomieszanie z poplątaniem. Inni – całkiem zgrabna intryga. W każdym razie mnie najbardziej zainteresowało pojęcie, że powieść nawiązuje do tradycji gotyckich. A tu jak wiadomo, czarne duchy, czarna magia, czarne msze. Wszystko na czarno. Sceneria też czarna. Niekoniecznie mowa o kolorze. Bo stara stodoła też może być czarna, jeśli rządzi w niej czarny charakter. Czy przypomina czarne gotyckie zamki, w których rządził nie mniej czarny książę lub hrabia? Teraz zamków nie ma, ale stodoły owszem są. Jeśli zatem akcja dzieje się w czasach zwanych współczesnymi, stodoła funkcję zamku pełnić może.
Teraz zajmijmy się elementami fantasy. Też są. Ale o dziwo, te mają zawiązek ze światem duchów i to białych, czyli pozytywnych. Taki jeden pojawia się i pomaga. Nie, nie w sensie fizycznym. Wspiera jak na ducha przystało – duchowo.
Cóż, jeszcze w powieści mamy… Postacie ze świata realnego. Policjanci dobrzy i tacy trochę niedobrzy w znaczeniu, przepraszam za określenie, idioci, co to nie kumają, nie rozumieją i ślepo wykonują polecenia zwane rozkazami. To stały element powieści kryminalnej, kiedyś zwanej u nas – milicyjną.
Czas na podsumowanie. „Gorączka i krew” to mieszanina wszystkiego i wszystkich. Próba przeniesienia gotyckiego strachu w nasze czasy. Pomieszanie horroru z thirllerem, rzeczywistości z magią, realizmu z fantastyką. Pomysł na powieść bardzo dobry. Realizacja – w normie, chociaż nie podrywa z fotela. Może właśnie dlatego, że wszystkiego jest za dużo. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów przerzucałam szybko kartki do końca utworu. Ale nie świadczyło to o owym słynnym „wciągnięciu” przez treść. Po prostu czułam przesyt ilością elementów. Ciekawiło mnie głównie, czy ludzie przeżyją i nie trafi ich przysłowiowy sz….
Mimo to powieść polecam jako lekturę rozrywkową. Zwłaszcza na upalne dni. Nie trzeba przy niej wiele myśleć.

❤️
1
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Urodziny

Dziś są moje urodziny, taki inny dzień
Lekka mrzawka, tak jak lubię,
spacer w wielką dal
pośród kotów, psów, rodziny,
szczęście zbieram – mam 50 lat

❤️
3
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Przy kawie w niedzielny poranek

On
Aromat parzonej kawy uderzył mnie pierwszy, zaraz potem jej głos. Usiadła naprzeciwko, stawiając dwa kubki. Ta sama twarz od wielu lat, te same, znajome do bólu, gesty. Tylko ja już nic nie czuję. Mówi nieustannie, a jej głos dociera do mnie jak przez szybę. Słyszę dźwięk, lecz nie czuję ciepła jak dawniej. Słowa docierają, ale mnie nie dotykają. Jak deszcz za oknem. Wiem, że pada, ale nie jestem mokry. Mówi szybko, nerwowo, jakby chciała nadrobić wszystkie lata ciszy. Patrzy na mnie z taką żałością, z resztką nadziei, że coś jeszcze da się zmienić. Jakby miłość czekała tuż za drzwiami, które wystarczy otworzyć.
Ale już wiem, że za tymi drzwiami jest tylko pustka. Nie ma tam już nas, nie ma nawet tego mnie, którego pamięta. Jej dłoń leży na stole, czeka na dotyk. A głos drży jakby prosiła o łaskę, której nie umiem dać. Każde słowo opada ciężko w gęstniejącą ciszę, a ja milczę niewzruszony z zamkniętym sercem. Wiem jednak, że muszę się odezwać. Muszę, bo wciąż tu jestem, chociaż już za murem, który sam – cegła po cegle – stawiałem. W końcu mówię, że to, co było między nami umarło. Cicho, jak ogień, któremu zabrakło tlenu. Czuję, że każde wypowiadane przeze mnie, słowo wbija się w nią niczym nóż. Znów milknę, piję zimną już kawę i udaję, że jestem gościem w domu, który właśnie przestał być moim domem.
Czekam, aż ona to zrozumie.

Ona

Niedziela. Jesteśmy razem. Robię dla nas kawę, z nadzieją, że wreszcie porozmawiamy. Siedzimy przy stole, tak blisko, a jednak dalej niż kiedykolwiek. Zaczynam mówić. Mówię szybko, bo panicznie boję się ciszy, która kruszy nas od środka. On jednak uparcie patrzy w bok, jakby to wszystko go nie dotyczyło. Milczy, jakby słowa kosztowały go fortunę. Jego palce nerwowo zaciskają się wokół filiżanki, już od dawna nie szukają mojej dłoni. Wreszcie się odzywa. Z litości. Czuję to. Rzuca krótkie, oszczędne zdania, a każde z nich jest jak kamień – ciężkie, zimne i obce. Tonę w tym milczeniu, które rośnie między nami jak lodowa ściana. Chcę krzyczeć, że jeszcze czuję, że serce mi pęka, że wciąż tu jestem. A on oznajmia: “Wszystko będzie dobrze.” I to jest najgorsze. Bo “dobrze” to nie “kocham”. To tylko cichy wyrok podany z pustym uśmiechem. A więc to tak się kończy? W jego oczach nie ma już nic. W tej ciszy umarła miłość.
A ja wciąż go kocham.

❤️
1
👍
2
1
💡
1
0
📖
0
Cała prawda | piekara 0

Cała prawda

Cała prawda

Dziś o całej prawdzie w sprawie książek nie posiadających ambicji bycia wielkimi. Książki owe mają dostarczyć rozrywki w różnej formie, mogą śmieszyć, mogą straszyć lub po prostu być zlepkiem liter, o których szybko się zapomina. Przy takich książkach człek spracowany odpoczywa, oddycha innym powietrzem, nie zawsze musi być świeże. W każdym razie po takie pozycje literackie czasami się sięga. Nawet trzeba. Kiedy człowieka do ziemi przybije ambitna lektura, oddech jest wskazany. Wśród takich opowieści są lepsze, gorsze lub do niczego. Żeby wiedzieć do jakiego gatunku dana rzecz należy, obowiązkowo trzeba ją przeczytać. Takim właśnie nastawieniem sięgnęłam po „Ani słowa prawdy. Opowieści o Arivaldzie z Wybrzeża” Jacka Piekary. Tytuł, w połączeniu z okładką, od razu mnie zachęcił. Żadnej ściemy. Żadnego łapania czytelnika na lep z gatunku „hit roku, z życia wzięte”czy tym podobne bzdury. Na okładce facet z brodą, ni to święty ni to czarnoksiężnik, obok jakaś wypacykowana lala i z tyłu jeszcze ktoś tam. Autor stawia sprawę jasno – nic tu prawdą nie jest. Znaczy się mamy fantasy w całej okazałości.
W czytaniu utwór okazał się być całkiem przyjemny. Ot takie połączenie baśni dla dzieci z baśniami arabskimi dla dorosłych, takiego Tolkiena z Sapkowskim i fantazji z rzeczywistością. Mieszanina pozornie wybuchowa, ale pozwalająca na chwilę wytchnienia pomiędzy ambitnymi pozycjami wybitnych.
Każde opowiadanie, bo są to takowe, ma dokładny opis miejsca akcji, uczestników i samą akcję. Łączy je oczywiście tytułowa postać, która idealna nie jest i to jest jej najlepszą cechą. Arivald swoje za uszami ma i chwała mu za to, bo jest bardziej ludzki. Jego działalność jednym się podoba, drugim nie. I to też jest fajne. Napisałam „fajne”? Takie słowa w recenzji? Oczywiście, bo cała książka jest po prostu fajna. Ma sporą dawkę humoru. Nie takiego, że tarzamy się na matce ziemi ze śmiechu. My się po prostu uśmiechamy, podziwiając działalność Arivalda. On też się uśmiecha, jeśli udaje mu się sprawę załatwić do końca. A jest tych spraw dziesięć. Rozwiązywane są nie tylko dzięki ruchom różdżki i zaklęciom. Nasz bohater ma siłę w rękach, co pozwala mu załatwić wiele spraw dzięki owej sile w mięśniach.
W sumie więc dostajemy do ręki książkę, przy której odpoczywamy, ale na którą nie wnerwiamy się, mówiąc, iż naiwna i pozbawiona sensu. Ba, ta książka nadaje się nawet dla tych, co nie przepadają za fantasy (a autorka niniejszej recenzji takową jest). Bo nie przegina w żadnym miejscu. Wszystkiego jest tu w normie. Jeśli więc jesteście miłośnikami ambitnej niszowej literatury, ale chcecie odpocząć, polecam Arivalda i jego przygody. Łącznie z dobrą kawą, a może nawet kieliszkiem czegoś więcej (jest przed dwudziestą drugą, zatem nazwy nie wymieniam).

❤️
1
👍
0
0
💡
4
0
📖
0
12