Otagowano: morderstwo

Nieboszczyk na wesoło | upio 0

Nieboszczyk na wesoło

Nieboszczyk na wesoło

I ponownie legenda…. Tym razem człowiecza. Któż bowiem nie zna kultowej postaci polskiego kryminału czyli Joanny Chmielewskiej, właściwie Ireny Barbary Kuhn z domu Becker? Pierwszą jej powieścią jest „Klin” wydany w 1964 roku. A potem powieści, opowieści, poradników, tekstów dla młodego czytelnika pojawiło się tak dużo, że nie sposób ich zliczyć. Chmielewską czytano wszędzie i zawsze, a co ciekawe – w bibliotece zawsze było coś jej autorstwa, bo napisała tego, oj napisała. Też należę do grona osób, które wchłaniały je książki jedna za drugą. Z tego też powodu nie pamiętam, czy czytałam „Upiorny legat”, napisany w 1977 roku. Kiedy w moje ręce wpadł rozsypujący się egzemplarz z 1989 roku, postanowiłam przeczytać. Może po raz drugi, może po raz pierwszy.
Wiedziałam czego się spodziewać. Będzie wesoło, chociaż pojawi się nieboszczyk. Wszystko będzie zagmatwane, chociaż na końcu okaże się proste.
Po przeczytaniu uczucia mam mieszane. Wszystko rzeczywiście było jak miało być. Na początku trup i zupełnie nie wiadomo dlaczego ktoś go ukatrupił. Potem żmudne śledztwo skupione wokół narratorki, która też nie kuma w czym rzecz i dlaczego jest inwigilowana przez wszystko i wszystkich dookoła. Pojawia się też wątek filatelistyczny. W tym miejscu naszła mnie chwila zadumy. Ach te znaczki…. Kiedyś było to hobby prawie każdego dziecka. Też miałam album ze znaczkami, pincetę do ich wyciągania z foliowych ścieżek, też wymieniałam się z kolegami… Dorośli też się tak bawili i ponoć był to niezły biznes. Znaczki miały swoją wartość. Były sklepy filatelistyczne, spotkania kolekcjonerów. Jak jest dzisiaj – nie wiem. Znaczki bowiem przechodzą w stan muzealny. Tak sobie myślę, że moje prawnuki będą je właśnie tam oglądać, a pani przewodniczka powie: „Ongiś nalepiano je na koperty, żeby był dowód, iż przesyłka została opłacona…”.
Intryga, jak to bywa u Chmielewskiej, gmatwa się. Czasami rzeczywiście śmieszy. Ale… Właśnie coś mi tu nie gra. W tej książce nie gra. Czy czegoś brakuje, czy jest za mało. Nie wiem. Może to ja się postarzałam i patrzę na tego typu literaturę inaczej niż ongiś było. W każdym razie ani mnie nie śmieszy, ani nie bawi. Owszem, brnę do końca, który wcale mnie nie zaskakuje. Czytam opinie o utworze. Są różne. Kiedyś były zachwyty, teraz różnie to bywa. Czyżby teksty Chmielewskiej się zestarzały?
Dopiero z tych opinii dowiaduję się, iż na motywach tej powieści zakręcono film pt. „Skradziona kolekcja”. Teraz jestem prawie w szoku. Film ma się do literatury jak piernik do wiatraka, jedno i drugie pochodzi z planety Ziemia. Film oczywiście znam, ale jakoś nie powiązałam tematyki, ponoć wspólnej, obu wytworów ludzkiej działalności.
Cóż, pewnie jeszcze nie raz trafię na utwory polskiej pisarki. Zapewne je przeczytam. Kojarzą się przecież z czasami, kiedy człowiek był piękny i młody. Teraz tylko krytyczny pozostał.

❤️
1
👍
0
⭐
0
💡
0
❗
1
📖
0
Była sobie kobra | ko 0

Była sobie kobra

Była sobie kobra

Nie, od razu mówię, że nie chodzi o kobrę królewską, która ukąsiła Chucka Norrisa i po pięciu dniach męczarni – zmarła. Słowo „kobra” nam, Polakom oczywiście kojarzy się z nazwiskiem wielkiego aktora, ale również z legendarnym cyklem telewizyjnym. „Datę 6 lutego 1956 (poniedziałek) i tytuł „Zatrute litery” według powieści Agathy Christie w reżyserii Adama Hanuszkiewicza przyjęto jako symboliczne narodziny cyklu. Był to spektakl nadawany na żywo i nie zachowały się żadne zdjęcia archiwalne” – podaje Wikipedia. Polacy oglądali spektakle nadawane później we czwartki do roku 1993. Był to prawdziwy fenomen polskiej telewizji. W czasie emisji pustoszały ulice. Całe rodziny siadały przez telewizorami i zgadywały, kto zabił. Bo trup w „kobrach” był obowiązkowy. A najlepiej kilka. Oczywiście początkowo wszystko co telewizyjne „szło” na żywo. Bez efektów specjalnych, bez poprawek, jak w prawdziwym teatrze.
O takiej właśnie „kobrze” opowiada Kazimierz Koźniewski w swej powieści „Dwie kobry”. Oczywiście jest to kryminał, wydany w roku 1978 w nakładzie 100.000 (słownie – sto tysięcy egzemplarzy) przez Krajową Agencję Wydawniczą, specjalizującą się w wydawaniu kryminałów w wersji kieszonkowej.
Omawiany „kryminał” w pewnym sensie łamie schemat tradycyjnej opowieści tego typu w stylu PRL-u. Oczywiście jest trup, jest zbrodnia, jest narzędzie zbrodni i facet, który szuka przestępcy. Tyle tylko, że wszystko dzieje się na oczach telewizyjnych widzów. Od samego więc początku rodzi się pytanie – przedstawienie to czy rzeczywistość?
Oczywiście nie odpowiem na to pytanie, bo wtedy czytanie owego „kryminału” nie miałoby sensu. W każdym razie pomysł doceniam. Jak z realizacją? I tu już mam parę uwag.
Zastanawiam się, czy w roku wydania książki pokazywano jeszcze spektakle „na żywo”. W zakamarkach pamięci odkryłam słowo „telerecording” czyli zapis na taśmie przed epoką magnetowidów. Nawet panią Loskę lub panią Wojtczak pamiętam jak mówiły, że przedstawienie zostanie odtworzone z owego tele. Na ten temat niech się wypowiedzą historycy.
Jeśli, w treści tekstu oczywiście, ktoś chciał ludzi nabrać, to wydaje mi się, że trochę się przeliczył. Kto by tam się dał nabrać? Ale… zaraz… to mówię ja, człowiek z XXI wieku! Kiedyś ludzie w stosunku do telewizora, nadającego na żywo, odnosili się prawie jak mój piesek, który w chwili zniknięcia Szarika z ekranu, szukał go za telewizorem.
Sama intryga kryminalna według mnie jest zbyt rozwlekła, a opisy osób śledzących ją przed ekranem, zbyt naiwne. Niestety.
Tak więc, chociaż pomysł dobry, realizacja taka sobie. Czytało się lepsze zbrodnicze opowieści rodem z PRL – u.

❤️
0
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0
Retro nie dla seniora | koron 0

Retro nie dla seniora

Retro nie dla seniora

Kiedy w naszym Klubie Ciekawej Książki otrzymałam kolejną pozycję do przeczytania, ciężko westchnęłam. Cezary Łazarewicz „Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej”. No do jasnej takiej i owakiej, nie mamy innych trudnych spraw kryminalnych niż wracanie do tematu wielokrotnie powielanego, powtarzanego, analizowanego? Jak widać, nie mamy. Piszemy zatem reportaże o wymiarze historycznym. Być może łatwiej takowy napisać niż grzebać się w wydarzeniach współczesnych… Wszystko już właściwie wiadomo, wyjaśniono, podano wątpliwości, wojna zniszczyła dowody, ludzie biorący w tym udział raczej już nie żyją… Wystarczy tylko zebrać wszystko do przysłowiowej kupy i już, książka napisana. Być może są tacy, co jeszcze nie wiedzą. Takie młode pokolenie na przykład. Czy obejrzy film Janusza Majewskiego z 1977 roku o zbrodni w wilii we Lwowie? Pewnie nie. Stary i polski do tego. Żadnych efektów specjalnych. Zatem, dobrze, niech będzie. Książka jest dla nich. Nie każdy ma swoje lata i sporo przeczytał. Przejdźmy zatem do próby oceny owej pozycji.
Zapowiadana jako rewelacja, bo z nowymi tropami, niczego nowego do mojej wiedzy o zabiciu 17 – letniej Lusi, nie wniosła. Proces sądowy był poszlakowy. Twardych dowodów wszak nie znaleziono. Rita Gorgonowa swoje odsiedziała i rozpłynęła się w historii. Oczywiście autor omawianej książki próbuje ją odnaleźć, ale, spojleruję, nic z tego nie wychodzi. Rozmawia natomiast z córkami skazanej. Zwłaszcza Ewa ma ponoć wiele do powiedzenia. Może i ma, ale według mnie nic nie mówi.
W sumie wracamy do punktu wyjścia czyli opowiedzenia starej historii z 1931 roku. Makabryczne morderstwo znalazło się na pierwszych stronach ówczesnej prasy. Szybko ustalono, iż zabiła Rita Gorgonowa. Ówczesny lud od razu skazał ją na karę śmierci. Ówczesne społeczeństwo pasjonowało się procesem sądowym. Nareszcie coś się działo. Prawie tak jak w Ameryce. To tam w 1926 roku Maurine Dallas Watkins pisze sztukę pt. „Chicago”. Sztuka zostaje przerobiona na musical, a potem, w 2002 powstaje słynny film z Renée Zellweger, Catherine Zeta-Jones i Richardem Gere. W Polsce musical pokazywano pięć razy. Ja oglądałam go w Teatrze Komedia w Warszawie. Podobnie jak w przypadku Gorgonowej, „Chicago” opowiada o reakcji ludu na popełnioną zbrodnię. Pokazuje również, że będąc domniemanym przestępcą, można stać się sławnym. Gorgonowa żyje w ludzkiej pamięci do dziś, pisze się o niej książki, na których ktoś tam zarabia.
Dobrze, wystarczy tych złośliwości. Trochę pozytywów. Tekst jest poprawnie napisany. Nawet dwie części są. Rozdziały z reguły krótkie, co może sprawić, iż czyta się je szybko w oczekiwaniu na dalszy ciąg. Ja tego uczucia nie doznałam. Historię bowiem znam prawie na pamięć. Prawie rok temu recenzowałam książkę Edmunda Żurka „Krawędź życia”, w której oczywiście Rita była… Tamten tekst też mnie nie zachwycił…

❤️
1
👍
1
⭐
0
💡
0
❗
0
📖
0