Prowincja w przyjemnym wydaniu
Prowincja w przyjemnym wydaniu
Kiedy patrzę na książki w wydaniu papierowym, leżące w dyskontach obok marchewki lub na całe stosy w empiku, myślę o ich autorach. Każdy z nich włożył masę pracy w napisanie utworu, marząc przy tym o sławie, uznaniu przez czytelników i trochę myśląc o zysku ze sprzedaży. Zastanawiam się wówczas, który z utworów będzie miał wartość ponadczasową i będą go czytać ludzie za pięćdziesiąt, sto lat… Nie będzie to oznaczało, iż utwór jest najlepszy ze wszystkich wydanych w czasach minionych. Może był wówczas najpopularniejszy? A może po prostu miał trochę szczęścia, bo i ono w życiu książki też jest potrzebne.
Takie refleksje naszły mnie, kiedy w moje ręce trafiła książka z 1961 roku „Kolorowe miasteczko” Janusza Skoszkiewicza. Autor zupełnie mi nieznany, ale w wikipedii jest. Opowieść starannie wydana przez znane wydawnictwo „Czytelnik”, nawet w obwolucie …. co zatem jest w środku?
Zabawna historyjka o prowincjonalnym pełnym kompleksów miasteczku, które chce być sławne. No bo wszyscy obchodzą jakieś jubileusze, organizują festyny, zabawy, jarmarki, a tu nic. Cisza. Spokój. Znaczy się nuda. Pierwszy zauważa to miejscowy fryzjer. Potem młody dziennikarz. Aż wreszcie sprawa trafia do przewodniczącego Rady Narodowej. I wtedy w miasteczku zaczyna się ruch. Wszyscy chcą jubileuszu. Oczywiście można w tym momencie zrobić z tego powieść psychologiczną i zastanowić się nas postawą mieszkańców. Czarny humor tez mógłby być. Parodia jak najbardziej. Tymczasem otrzymujemy pełną humoru w wydaniu wesołym historyjkę o ludzkich pragnieniach, działaniu w imię wyższej idei, zawiązywaniu więzi między tymi, którzy się nie znali, realizowaniu pragnień z lat minionych.
Oto stary dziwak, nazywany profesorem, od lat zbiera eksponaty miejscowej sztuki ludowej. Szpera w starych opowieściach, zna legendy. Teraz ma okazję pokazania swoich zbiorów i nareszcie nikt się nie będzie z niego nabijał.
Oto młody dziennikarz, otrzymujący za swe teksty do powiatowej gazety jedynie tzw. „wierszówki” stawia ultimatum „Albo stały etat korespondenta, albo nici z mego pisania”. Etat dostaje.
Oto Zdenek, robiący za miejscowego chuligana, obcina włosy i zostaje instruktorem w wiejskiej świetlicy. Może uda mu się wspomóc tamtejszą pracowniczkę w zbiórce forsy na upragniony telewizor?
Oczywiście jest jeszcze element kryminalny. Kto podpalił magazyn z tekstyliami? A z kim to po nocach spaceruje żonaty nauczyciel, posiadający opinię niezwykle surowego?
W sumie więc mamy humorystyczny obrazek z Polski przełomu lat 50/60. To, że jest wesoły, nie oznacza, że ktoś się z kogoś wyśmiewa. Po prostu…. Jest wesoło.
Książka Skoszkiewicza należy do grupy literatury zapomnianej. Ale… przeleżała przez wiele lat u kogoś na półce, zanim trafiła do plenerowej biblioteczki w moim mieście. Wkrótce tam wróci. Na pewno ktoś po nią ponownie sięgnie. Czy stanie się sławna? Raczej nie…. A szkoda, bo typ humoru, który reprezentuje, zanika….
Piękna, prawdziwa myśl! Pozdrawiam :)
Pięknie i ujmująco napisane
Wiersz bardzo..."aromatyczny" :) jak herbata pita na tarasie w miłym towarzystwie... Pozdrawiam :)
Napisałeś, że może ktoś nie mógł... Stąd pytanie. Nie ma znaczenia czy to on, czy ona. Chociaż jak ona nie…
Odpowiedzialność za swoje życie idzie w parze z odpowiedzialnością za innych.. Czasami..
A może nie mogła..?
Z jakiego powodu nie mógł?
A może ktoś nie mógł..?
Bardzo twórcze podejście..
Ciekawe pytanie, ale myślę, że tylko Ty sam. Weź życie i decyzję we własne ręce. To trudne, bo czasami jest…
Wyobraźnia też jest połączona z sercem.
Jeżeli tak było, to zabrakło rozmowy. Pytanie, kto nie chciał rozmawiać.
Serce albo wyobraźnia..
Dziękuję, pozdrawiam 😁