Otagowano: spotkania

0

Bez cudzych zasad

Ewka szła wąską ulicą. Wczesne popołudnie rzucało długie, miękkie cienie drzew rosnących wzdłuż chodnika. Słońce przebijało się przez liście, tworząc na chodniku mozaikę złotozielonych plam. W powietrzu unosił się słodki zapach kwitnących jaśminów i wilgotnej ziemi po porannym deszczu. W oddali słychać było śmiech dzieci bawiących się na podwórku i odgłos stukających kół rowerów na brukowanej ulicy. Ciepły podmuch wiatru poruszał liśćmi, szeleszcząc wśród gałęzi. Myśli Ewki błądziły jeszcze przy lekcjach, kiedy nagle dostrzegła znajomą sylwetkę. To była Gocha.

Kobieta już wcześniej ją zauważyła. Sprawiała wrażenie, że cieszy się z tego spotkania, jej uśmiech był serdeczny, ciepły niczym poranne światło przebijające się przez mgłę. Serce Ewki zabiło szybciej; odruchowo podniosła wzrok, uśmiechnęła się i powiedziała: „Dzień dobry.”

Gocha jednak nie odpowiedziała. Jej uśmiech zniknął. Spojrzenie, które było ciepłe, nagle stało się chłodne, zdystansowane. Gocha odwróciła raptownie głowę, charakterystycznie dla okazania pogardy i poszła dalej, zostawiając Ewkę z uczuciem zaskoczenia, dziwnej pustki, dezorientacji – jakby własna serdeczność nagle stała się niewłaściwa.

Przez chwilę stała nieruchomo, patrząc w miejsce, gdzie zniknęła Gocha. W uszach dudniło jej własne „dzień dobry”, teraz pozbawione już echa oraz emocji. Wokół drzewa szumiały delikatne podmuchy wiatru, liście drżały w słońcu, a kwiaty jaśminu pachniały jeszcze intensywniej, jakby chciały wypełnić ciszę, która zrobiła się w jej sercu. Poczucie niezrozumienia mieszało się z gniewem, a potem z lekkim bólem – takim, który rodzi się, kiedy ktoś, kogo znamy, zdaje się odrzucać nas bez powodu.

Kilka dni później Ewka spotkała córkę Gochy, Martę. Dziewczyna była młodsza od Ewki, pełna życia i młodzieńczego zuchwalstwa. „Cześć” – próbowała powiedzieć Ewka, niemal automatycznie, jakby chciała sprawdzić, czy dziecięca część kobiety odziedziczyła jej zimną uprzejmość. Marta spojrzała, przez ułamek sekundy w oczach Ewki dostrzegła ciekawość, może nawet ciepło… a potem odwróciła się manifestacyjnie i poszła dalej, a cień jej sylwetki przesunął się po chodniku jak ciemna plama.

Od tego dnia Ewka przestała się kłaniać. One również przestały zwracać na nią uwagę, aż do czasu, kiedy to Marta z uśmiechem, jakby nigdy nic, powitała Ewkę. „Cześć” – powiedziała pewnego razu, kiedy jak co dzień mijała ją na chodniku. Ewka nie odpowiedziała. To one przecież, nie ona, wybrały ciszę.

W domu Marta bardzo płakała. Żale i lamenty wypełniały pokój, a w powietrzu unosił się zapach świeżo pranej pościeli i wilgoci z ogrodu. Lekki powiew wiatru poruszał firankami w oknie. Ojciec, widząc córkę w tym stanie, wezwał na rozmowę matkę Ewki. „Moja córka przez twoją płakała” – mówił z pretensją w głosie.

Kiedy matka Ewki opowiedziała mu całą historię – o pierwszym spotkaniu z Gochą i późniejszym zachowaniu Marty – potrząsnął głową i rzekł: „Znasz zasady.” Brzmiało to, jakby wszystko było jasne i niepodważalne. „Jego córce wolno, Ewce nie.”

Znajomość między Ewką a Gochą i jej córkami uległa zerwaniu. Na ich wyraźne życzenie, nie Ewki. Lata mijały. Pewnego dnia, idąc ruchliwą ulicą dużego miasta, Ewka zauważyła z przeciwka siostrę Marty. Dziewczyna szła w grupie mężczyzn, próbując ukryć się za nimi, jakby obawiała się konfrontacji. Chłodne powietrze niosło zapach kawy z pobliskiej kawiarni, a liście drzew wirujące na wietrze rzucały plamy zieleni na szary chodnik. Słychać było stukot tramwaju w oddali i szelest przechodniów. Minęły się na chodniku, lecz zanim zniknęła za rogiem, Baśka wykrzyczała kilka razy: „Wykształciuch! Wykształciuch! Wykształciuch!”

Echo niosło te słowa po otoczonej oknami mieszkań ulicy. Ewka stała w szoku. To były komplementy. Jedynie komplementy, chociaż wykrzyczane z pogardą. „Żeby ci ludzie wiedzieli tylko, kim ona jest” – pomyślała Ewka. Z uśmiechem na twarzy i zaskoczeniem poszła dalej.

Minęły kolejne lata. Ojciec dziewczyn ponownie przekazał Ewce zakaz: „Nie kontaktuj się. Znasz zasady!”

Ciężko opisać panujące emocje i myśli, jakie kłębiły się w Ewce. Nie ma jak ująć tego, co myślała wówczas o nich, o nim, ale poddała się. Po latach zmęczenia nastąpił regres i rezygnacja. Postanowiła uszanować ich wolę. Ich, nie jej. W końcu dziewczyny nie były jej rodziną. Nie miała prawa oczekiwać, że będą ją znały.

I właśnie wtedy, kiedy jej wszelkie emocje ustały, wszystko wróciło do normy, minęły kolejne trzy, bardzo długie trzy lata, sytuacja znowu się powtórzyła. Po trzydziestu latach od pierwszego nieudanego spotkania, kiedy Ewka szła już przez życie własną delikatnie wytyczoną ścieżką, ponownie spotkała Gochę.

W pierwszym momencie była w szoku, jakby to było dziwne, niemożliwe, że może ją spotkać na ulicy. W końcu nie mieszkały w tym samym mieście. W tle słychać było gwar miasta, odgłosy samochodów i stukot przechodniów, a słońce zaczynało ocieplać całą ulicę złotym światłem.

Tym razem matka dziewczyn szła z nieznajomą, mijając Ewkę na chodniku. Gocha jak kiedyś uśmiechała się, jakby oczekiwała reakcji, powitania, rozmowy, ale Ewka pamiętała każdy dzień, każdą chwilę, nie tylko każdy uśmiech, miłe słowo, rozmowę, ale i każdą pogardę po tym, jak postanowiła się kształcić. Nie zatrzymała się nawet na chwilę. Tylko obserwowała ją.

„Jakie tym razem mają oczekiwania?” – myślała, czując, że każda próba spełnienia ich oczekiwań nie ma sensu. Co najważniejsze, pamiętała zakaz męża Gochy, przypomniany raptem przed trzema laty. Podjęła decyzję i przeszła obojętnie. Nieznajoma spojrzała na Gocha i zapytała na tyle mało dyskretnie, że Ewka to usłyszała: „I co? Powiedziała dzień dobry?” – „Nie” – odpowiedziała zaskoczona Gocha. „Bezczelna” – rzuciła rozmówczyni, jakby wszystko było jasne i oczywiste. Dla Ewki było jasne. Nieznajoma nie miała żadnego prawa nawet do myśli, nie tylko komentarza.

Ewka szła dalej, a słońce powoli chyliło się ku zachodowi, liście drzew płonęły złotem i czerwienią w ostatnich promieniach dnia. Zatrzymała się na rozdrożu, odwróciła, patrzyła jak rozmawiały poruszone, również zatrzymując się pod drzewami. Zapach kwiatów mieszał się z chłodem nadchodzącego wieczoru, a w głowie Ewki powtarzało się jedno:

Nie sposób trafić za cudzymi zachciankami. Ani w sercu, ani w świecie. Pamiętała jednak o wytyczonych przez nich zasadach, pogardzie i odrzuceniu, które wyrażone zostały tak głośno, tak często i tak dobitnie. Wiedziała, że tego nie jest w stanie już zmienić. Za dużo usłyszała, za dużo się stało, za dużo upłynęło utraconego czasu. Teraz musiała już zadbać tylko o siebie. Pamiętała, iż wraz z dorosłością wybrała wolność, a wolność oznaczała podejmowanie własnych decyzji bez ustępliwości, ale i bez narzucania się innym. Zwłaszcza tym, którzy odrzucili ją, nim zdążyli ją poznać.

Z każdym krokiem na brukowanej ulicy słońce odbijało się od krawędzi, tworząc złociste refleksy na szarym chodniku. Liście drzew wirowały w powietrzu, szelestem przypominając Ewce, że świat porusza się dalej, niezależnie od cudzych nakazów i zakazów.

I chociaż bolesna pamięć o przeszłości wciąż istniała, szła dalej spokojnie, uśmiechając się do samej siebie, wiedząc, że teraz nikt nie będzie decydował o tym, co jest dla niej właściwe i ważne.

❤️
4
👍
0
0
💡
0
0
📖
1
Kiedyś chłopcy to lubili.... | przy 0

Kiedyś chłopcy to lubili….

Kiedyś chłopcy to lubili….

Z lat późnego dzieciństwa i wczesnej młodości pamiętam, że książkami Janusza Meissnera zaczytywali się moi koledzy. Oczywiście ci, którzy czytali, bo większość jednak kopała piłkę. „Żądło Genowefy”, „L – jak Lucy” to były stałe pozycje w ich lekturach. W najsłynniejszym polskim filmie podróżniczym, według książki Adama Bahdaja, „Podróż za jeden uśmiech” drugoplanowi bohaterowie wspominają inna książkę Meissnera „Kapitan siedmiu mórz”. To właśnie ona pchnęła ich do ucieczki z domu w celu dostania się na statek, by popłynąć w świat. Te drobne fakty niewątpliwie świadczą, iż autor był ongiś bardzo popularny. Zatem warto sobie tę postać i jego twórczość przypomnieć.
W moje ręce wpadła książka „Przygoda śródziemnomorska”, opowieść o Polaku, który w czasie wojny trafia do Francji i zostaje dowódcą kutra przewożącego uciekinierów do Lizbony i Gibraltaru. Misja jest oczywiście tajna. Wszystkich spotykają niesamowite przygody. Są ucieczki, jest strzelanina, ludzie giną, a kuter pruje fale Morza Śródziemnego. Jest też oczywiście piękna dziewczyna, członkini ruchu oporu, w której nie sposób się nie zakochać. Ale wojna ma swoje prawa… Czy miłość przetrwa?
Utwór ma niewątpliwie cechy powieści nie tylko przygodowej, ale również sensacyjnej. Dużo wydarzeń, zmiana tempa akcji, czasami podejrzane osoby, bo nie zawsze ten, co twierdzi, że jest tym, nim jest. Obserwujemy działania francuskiego ruchu oporu i walki brytyjskiej floty na Morzu Śródziemnym. Mały kuter jest tylko kropką na wodzie, ale kropką niezwykle ważną. Słowem – Meissner może konkurować z Alistairem MacLeanem, twórcą wojennych utworów o charakterze sensacyjnym. Szkot miał jednak trochę więcej szczęścia do filmowców. Jego „Działa Navarony” stały się nie tylko klasyką literatury, ale i filmu. Meissnera też filmowano, ale jakoś tak niemrawo, bo dziś mało kto pamięta filmy według jego książek.
Powieść napisana jest prostym, nieskomplikowanym językiem. Oczywiście w przeciwieństwie do literatury współczesnej, zawiera sporo opisów, ale nie są one zbyt nużące. Utwór można zatem czytać w ciągu całego dnia, na tekst do poduszki też się nadaje.
Czasu poświęconego na przeczytanie „Przygody….” nie żałuję. Doskonale rozumiem swoich kolegów z dzieciństwa. W postaciach owych książek dostrzegli swoje marzenia o byciu wielkim bohaterem. Podczas kiedy my, dziewczynki, marzyłyśmy, by spotkać Anię z Zielonego Wzgórza, oni żeglowali wśród grzmotów burzy i gradu nieprzyjacielskich pocisków, pokonujących masę przeciwności losy – do celu.
Zatem jeśli trafi do was książka Janusza Meissnera, nie odrzucajcie jej. Warto przeczytać, bo powieść sensacyjna nadal jest w modzie.

❤️
2
👍
0
0
💡
0
0
📖
0
0

Chwila czasu

…a kiedy spojrzała na niego morską tonią,
czekoladowe tabliczki rozpuściły się,
upadając powoli na ruchomy blat życia.

Przesunęła dłońmi,
rozpraszając kontury zatrzymanego dnia,
rozwiała nie tyle wątpliwości, co czas
zatrzymany w bezdechu, onieśmielony.

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0
0

w lawie spojrzeń

A kiedy zetknęli się oczami,
w których płonął ogień nieugaszony,
wulkany rozlewały się po każdym zakamarku duszy.

Uwięzieni w lawie spojrzeń, ostygli
na wieczność sekund.

❤️
0
👍
1
0
💡
0
0
📖
0